Przeskocz do treści

karma wraca, czyli nie wszystko jest takie, jak się wydaje…

pamiętacie historię ciastek sprzed kilku postów?… otóż, ma ona swój ciąg dalszy… po tym, jak wkurw…wkurzona Frytka musiała obejść się smakiem, znielubione ciastka oddała swojemu mężczyźnie (popularnie zwanemu FBI…) no i ten FBI stwierdził, że On właściwie też specjalnie nie przepada, ale niech zostaną, bo jak przyjedzie Jego córka, to zje… no i tak leżały te ciastka u Niego i, ta córka nie przyjechała, i najwyraźniej, pewnego dnia, naszła Go na nie ochota, bo zadzwonił do Frytki i rzecze: ja tam nie wiem, Kotuś, może ja się nie znam, ale…. ja w tych ciastkach żadnych kokosów nie czuję…. jak nie czujesz, jak ja czułam – oburzenie Frytki nie mogło pozostać niezauważone – no oczywiście, że się nie znasz… wobec takiej konkluzji, FBI zakończył temat ciastek w rozmowie, a przeszedł do czynów, to znaczy zabrał rzeczone ciastka i przywiózł do Frytki… zrobił kawę, postawił ciasta na stole i czeka… dobrze, sam tego chciałeś – pomyślała Frytka – zaraz Ci udowodnię… i, z pobłażliwym uśmieszkiem (sugerującym jakżesz ci mężczyźni są niemądrzy…), pewna swego Frytka, odgryzła maleńki kawałeczek ciastka i… hmm, zanim cokolwiek powiedziała, ugryzła większy i ….. nosz kuźwa, faktycznie nie było to ciastko kokosowe…. takimi nie było też pięć pozostałych ciastek… dacie wiarę????…. tylko to cholerne jedno pierwsze, które wtedy zjadła Frytka, jakoś najwyraźniej zaplątane przez przypadek ciastko, było kokosowe….

ehhhh, miałaś rację Jotko, ten anioł dietetyczny robi naprawdę dobrą robotę….    

deżawi, czyli bociany przylatują wiosną…..

– siedzisz? – zapytała Frytkę Młoda… 

– siedzę – odpowiedziała z drżeniem serca (i przeczuciem, co się zaraz stanie…) Frytka 

i stało się, w okienku wiadomości pojawiło się to…. 

znaczy się, Antek będzie miał rodzeństwo (termin na 1 kwietnia, takie żarciki się Młodej trzymają) , a Frytka po raz drugi zostanie Tą, Której Imienia ….. a w sumie, chyba czas już to powiedzieć…. zostanie po raz drugi… babcią… (hmm, nawet tak bardzo nie bolało 😀 )

 

facet w czerni….

wchodzi Frytka rano do biura, a tu dioda alarmu mruga…. mruga to mruga – pomyślała Frytka – i rozkodowała go jak zwykle, po czym, też jak zwykle, zaczęła sobie mościć gniazdko do codziennej pracy… rozłożyła zabawki, wodę na kawkę wstawiła, ogólnie luz i spokój…. aż tu nagle, drzwi się otwierają z impetem i wpada wielki facet, w czarnym ubraniu, w kominiarce na twarzy i staje, oko w oko, z zamaskowaną Frytką… więc wyciąga broń i krzyczy: ręce do góry i na podłogę, twarzą do dołu!!… no, ale proszę pana, jak jednocześnie mam podnieść ręce i położyć się na podłodze, przecież zaraz sobie brodę albo i co inne obiję – próbowała oponować Frytka (a w myślach już widziała siebie w celi więziennej, w ubranku w paski, w POZIOME paski, a przecież POZIOME paski POGRUBIAJĄ!!…)…. cisza, na podłogę!! – krzyknął, nieczuły na błagalne spojrzenia Frytki, nieświadomy przerażających wizji lęgnących się w jej głowie, ochroniarz…. proszę pana, ja tu pracuję – już z poziomu podłogi informuje Frytka – pan spojrzy, biała bluzka, wąska spódnica, buty na szpilce, pan myśli, że to dobry strój na włam? … ja wiem, ta maska mogła pana zmylić, no ale czy to moja wina, że każą nosić?….  coś w głosie Frytki musiało dać do myślenia wielkiemu facetowi w czerni, bo najpierw przyjrzał się rozciągniętej, w całej swej okazałości, na podłodze Frytce, a później opuścił broń, zrobił krok w tył, schował broń, zrobił krok w przód i pomógł się Frytce podnieść…. czyli włamania nie było? – zapytał, chcąc się jeszcze upewnić…. no gdzieżby włamanie, przecież ja kawę właśnie robię, może się pan napije? – odpowiedziała Frytka,  zastanawiając się jednak, czy kawa to dobra opcja, biorąc pod uwagę fakt, że facet już był wystarczający pobudzony….  nie, dziękuję – powiedział facet w czerni do Frytki, a do mikrofalówki, eee.. znaczy się, do krótkofalówki rzucił: fałszywy alarm, odwołać wsparcie, po czym popatrzył jeszcze raz na Frytkę, w te jej wielkie oczęta (pewnie pomyślał: czy te oczy mogą kłamać?…) i tylko dodał: to ja już pójdę… do widzenia…. 

a tak naprawdę, to wszystko było tak: lampka alarmu, szefowa mówi: zaraz przyjadą, po dziesięciu minutach wchodzi (spokojnie) wielki facet w czerni (to akurat prawda) i mówi: alarm nam się włączył… no tak – mówi Frytka – jak weszłyśmy z szefową, to już lampka migała, chociaż wszystko było pozamykane… aha – powiedział ów i zanotował coś w maleńkim (w stosunku do jego postury) notesiku – czyli wszystko ok?… ok – odrzekła Frytka… to do widzenia… i tyle go Frytka widziała….

giełda pracy, czyli kto da więcej?…

w poprzednim wpisie była zajawka o nowej pracy… nowy to tylko pracodawca, bo dziedzina wciąż ta sama – notariat…  a było to tak… dawno dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, żyła sobie Frytka…. zaraz, zaraz, to nie ta bajka…. od nowa więc… kiedy trzy lata temu zaczynała Frytka pracę w kolejnej kancelarii myślała, że teraz to już będzie dobrze…. a potem przez pierwszy tydzień, dzień w dzień, po pracy, płakała… ale, że żyć trzeba, a żeby żyć, to trzeba jeść, a żeby jeść to trzeba mieć na jedzenie, a żeby mieć na jedzenie, to …. tak, tak, drogie dzieci, trzeba pracować… i pracowała Frytka, zaciskając zęby (a czasami pracowała nie zaciskając zębów i wtedy bywało różnie…)… tak czy inaczej, przez cały ten czas szukała innej posady… i jakieś trzy miesiące temu dowiedziała się, że kolejna notariuszka szuka pracownika…. co prawda poza obecnym miejscem zamieszkania Frytki, ale, za to, w miejscu zamieszkania obecnego jej faceta… jakimś szóstym zmysłem (a już dawno temu jeden taki stwierdził, że Frytka wiedźmą jest… co prawda słodką, ale jednak wiedźmą…) wyczuła Frytka, że to może być właśnie to…. nie namyślając się długo wykonała telefon i umówiła się na rozmowę… potencjalna przyszła pracodawczyni była zachwycona Frytką… i to zarówno jej doświadczeniem, jak i nią samą, w związku z czym, od razu, zaproponowała jej posadę…. ale, jak to w życiu bywa, zawsze jest jakieś „ale”… tym razem nie było inaczej… bo: obowiązki super (mniej niż w poprzedniej kancelarii), atmosfera super, godziny pracy super (i zero zostawania po godzinach, bez znaczenia, planowanego czy nie…) i tylko jeden szkopuł…. zatrudnienie na pół etatu, na najniższą krajową, a reszta do ręki….  taki zgrzyt… kusiła Frytkę ta propozycja, i nawet zastanawiała się nad nią kilka dni, pytając wszystkich wkoło, co by zrobili na jej miejscu, ale finalnie odmówiła… jednakże cała ta sytuacja sprawiła, że Frytka zaczęła myśleć o sobie, jak o fachowcu, których na lokalnym rynku nie ma… i stwierdziła, że skoro jest taka dobra, to dlaczego ma być niedoceniana?… i, na fali będąc, udała się do swojego pracodawcy i poprosiła o podwyżkę…. i dostała, chociaż nie odbyło się to całkiem bez oporów…. i już, w sumie, pogodziła się Frytka z faktem, że zostanie w tej pracy na dłużej, ale wtedy odezwała się znów nowa notariuszka… i zaproponowała takie same warunki zatrudnienia, jak obecny pracodawca…. tyle tylko, że te warunki się już zmieniły… i znów powstał mały zgryz…. ale, koniec końców, doszły wreszcie do porozumienia i nawet trochę lepsze te warunki Frytka dostała…. a tak naprawdę, to najbardziej cieszy się Frytka z tego, że wreszcie bez zbędnych nerwów idzie do pracy, i zaplanować dzień może, i w normalnej atmosferze pracować… i jest kierownikiem sekretariatu… i nie ważne, że w tym sekretariacie sama siedzi …. 😀 

a tu w drodze do pracy

oszukać przeznaczenie….

że Frytka na diecie jest, to już gdzieś było wspomniane (- 11 kg 😀 ), ale że nie samą dietą człowiek żyje (a Frytka tym bardziej…), to w drodze do pracy (o pracy będzie w następnym wpisie, ale nie wie Frytka kiedy…) postanowiła Frytka zakupić sobie coś słodkiego do kawki… na swoją obronę (poza łakomstwem…) ma Frytka to, że cukiernia znajduje się drzwi w drzwi, okna w okna z nową pracą… (o czym, jak już Frytka wspomniała, będzie niedługo…) …. więc (tak, tak, początek zdania i w ogóle…) zboczyła Frytka lekko z wytyczonej trasy i weszła do owego przybytku…. już od samego unoszącego się w środku zapachu uruchomiły się we Frytce wszystkie ślinianki i tylko obowiązkowa maseczka uchroniła Frytkę przed ujawnieniem kompromitującego wyglądu… ogrom towaru do wyboru sprawił, że Frytce na moment odebrało mowę…. patrzyła roziskrzonym wzrokiem to na pączki, to na serniki, to na jagodzianki, to na strucle zawijane z dobrem wszelakim, i nie mogła się zdecydować, czy iść w hurt czy w detal…. w końcu jej wzrok spoczął na niepozornych kruchych ciasteczkach na wagę… we wspomnieniach wrócił do Frytki ich znany, maślany smak…. ciasteczka były w dwóch wersjach, z kleksem marmolady i, że tak Frytka powie, sote… desperacko usiłując zachować resztki pozorów diety, wybrała Frytka te drugie…. uśmiechnięta, zadowolona, lekkim krokiem podążyła do biura, wyobrażając sobie tę cudowną chwilę, kiedy znów poczuje znajomy smak…. szybko zaparzyła kawę, usiadła wygodnie i wgryzła się w pierwsze ciasteczko…..

i….

kuźwa mać, kokosowe!!! ….  

jeśli ktoś ma wątpliwości to tak, akurat takich Frytka nie lubi…

jak Frytka omal mężem nie została ….

wparowała Frytka do biura pewnego i głosem zdecydowanym rzekła:

chciałabym żoną zaufania zostać ….

niestety, do rozdania mamy tylko etaty męża zaufania – odrzekł rozbawiony pracownik….

dżendery, parytety, równouprawnienie – pomyślała Frytka – a co mi tam….

biorę ….

koniec końcem nie została jednak Frytka tym mężem, gdyż okazało się, że do obsadzenia były ino wakaty w odległych wsiach, a że Frytka, od rozstania z Narowistym, całkiem niezmotoryzowana, to ciężko byłoby jej się tam dostać, tym bardziej w niedzielę ….. 

rozmiar ma znaczenie….

oprócz sąsiadki Zofii (tfu, tfu, lepiej nie wywoływać wilka z lasu, a Zofii z mieszkania…), posiada Frytka także sąsiada…. sąsiad rzecz, niby, normalna, ale ten sąsiad jakoś tak ciągle na Frytkę (albo Frytka na niego…) wpada, niczym Zofia (tfu, tfu jak wyżej…) …. a że jest człowiekiem mikrej postury, w przeciwieństwie do Zofii (tfu itd. jak wcześniej….), bo wzrostu wyższego krasnala ogrodowego i wagi lekko półśmiesznej, a Frytka ma wzrok nowo narodzonego kocięcia, to nie zawsze uda się Frytce w porę go wypatrzyć….. i w ten sposób, co chwilę, słyszy Frytka: „dzień dobry sąsiadko”…. „a dokąd to idziemy sąsiadko?”… „wcześnie, sąsiadko wstajesz…” i inne takie sąsiedzkie zagaduszki… któregoś dnia, w drodze do pracy, udało się Frytce spokojnie przebyć klatkę schodową, chodnik wzdłuż bloku i, gdy „już była w ogródku, już witała się z gąską”, nagle przed jej nogami zatrzymał się mercedes, a z jego wnętrza dobiegło Frytkę: „sąsiadko, podwiozę”…. tak właśnie, rzeczony sąsiad posiada mercedesa….. panom, którzy chcieliby znać szczegóły, odpowiada Frytka: szarego… na nic zdały się protesty Frytki, że: „dziękuję, że się przejdę, że do biedry jeszcze na zakupy muszę…”…. sąsiad był uprzejmie nieustępliwy… Frytka oszacowała wzrokiem gabaryty auta (jego wysokość „w kłębie” sięgała tak mniej więcej pasa Frytki…), westchnęła, zebrała się w sobie, jakby próbując zmniejszyć swój rozmiar, i rozpoczęła proces wsiadania do markowego wehikułu…. Frytka nie raz, i nie dwa widziała w telewizji, jak dama do auta powinna wsiadać, wiec, jako, że teorię miała opanowaną, to postanowiła ją zastosować w praktyce… najpierw należało umieścić na siedzeniu swoje, nomen omen, siedzenie, a potem elegancko wciągnąć do środka swoje dolne odnóża…. z tym pierwszym poszło Frytce całkiem nieźle, bo przy manewrze jedynie uderzyła tyłem głowy o górną belkę drzwi, ale z wciągnięciem nóg już nie było tak łatwo, gdyż jakoś tak, przestrzeń w środku, okazała się być mało wystarczająca….. no ale nie z Frytką takie numery…. zawzięła się w sobie, i z gracją słonicy, jednym kolanem waląc sobie w szczękę, a drugim w deskę rozdzielczą, umieściła się w końcu na siedzeniu…. sąsiad, zadowolony ruszył, zagajając jednocześnie rozmowę, na której Frytka nijak nie mogła się skupić, bo podsufitka niemiłosiernie gniotła ją w głowę, w której to głowie, kołatała się jedna myśl: MOJE MISTERNIE UŁOŻONE WŁOSY!!!!           

krytyk kulinarny ….

uwaga, lokowanie produktów…

po czterech dniach diety spędzonych w mieście, wyjechała Frytka poza jego szacowne mury, w rejony bardziej sielskie i anielskie… po wyłonieniu się z auta, poczuła też sielskie i anielskie zapachy, które o tej porze roku są szczególnie nasilone …. i nie, nie chodzi o kwitnące jabłonie, czereśnie tudzież bzy wszelkiego rodzaju…. bo otóż od wschodu zaleciał zapach dymu, w którym dało się wyczuć subtelny zapach pieczonej kiełbaski…..

Frytka pociągnęła nosem i ze stoickim spokojem oraz pewnością, stwierdziła: śląska z morlin, paczka z biedry, już niestety, lekko przypalona, ktoś się zagapił… 

wzrok Tego Mężczyzny, który, wypakowując torby z bagażnika zamarł w miejscu, wskazywał, że czeka on na dalszy rozwój wypadków….

nie chcąc go zawieść, wykonała Frytka lekki obrót i, tym razem z południa, poczuła kolejny aromat… znów pociągnęła nosem, chwilę się zastanowiła: kaszanka, cienka, z tesco…. skórka już pęka, idealna do zjedzenia ….

TM wyprostował się wreszcie, a na jego twarzy błąkało się niedowierzanie pomieszane z lekką obawą o zdrowie psychiczne Frytki…..

aby dopełnić dzieła, zrobiła Frytka kolejny ćwierćobrót, wciągnęła powietrze nosem i rzekła: skrzydełka kurczaka, od Gaika (lokalna masarnia – dop. autorki), trzeba na drugą stronę odwrócić i dać im jeszcze chwilę….. po czym, tonem wyjaśnienia, dodała: tak, tak, mój drogi, teraz, w trakcie tej diety, to ja będę wyczulona na takie zapachy, jak świnia na trufle….

TM wybuchnął śmiechem, a Frytka, z ciężkim sercem i prawie pustym żołądkiem (bo co tam jakaś sałata z pomidorem, w obliczu takich smakowitości…) zakończyła „węszenie” po okolicy…

od strony zachodniej czuć było tylko powiew chłodnej bryzy od, nieopodal płynącej, rzeki, a nad horyzontem zachodziło słońce….. 

z życia kobiety … normalnej?…

od jakiegoś czasu budziła się Frytka z przeświadczeniem, że dzieje się coś niedobrego…. a to nie pasowało to, a to nie pasowało tamto…. to się skurczyło, tamto zbiegło…. czy to wina pralki?… czy za wysoka temperatura prania?… czy zła jakość materiałów?… ale, z drugiej strony, czy może się w praniu skurczyć coś, co było już prane milion razy?…. powoli, baaaardzo powoli, zaczęło do Frytki docierać, że jednak nie w tym rzecz….  zaczęła docierać przykra prawda, że to może być jednak wina samej Frytki…. aby odegnać od siebie wszelkie podejrzenia, postanowiła Frytka sprawdzić wszystko naukowo…. w związku z powyższym, wyciągnęła spod szafki stosowny przyrząd (czyt. wagę…), stanęła na nim i sekundę później, wszystkie próby pozbycia się przez Frytkę odpowiedzialności, za zaistniały stan rzeczy, zostały rozbite na marny puch, gdyż i ponieważ, nieczuły i bezlitosny przyrząd wystosował grzeczny, aczkolwiek stanowczy, komunikat o treści:

„proszę wchodzić pojedynczo” 

znaczy się, dieta obrotowa pt: gdzie się Frytka nie obróci, tam coś zeżre, nie była dobrym wyborem i czas na inną….  

PS, coś jakby wprost o Frytce: lekarz kazał mi dbać o wagę…. już dwa razy dziś z niej kurz wytarłam…. 😀

ten facet….

taka jedna olitoria zwana też ahają, zażyczyła sobie poznać historię znalezienia przez Frytkę „tego mężczyzny” …. a że to nie jest żadną tajemnicą, to włala….

jak wszyscy już wiom, swego czasu udzielała się mocno Frytka na wiadomym portalu randkowym i szukała na nim swego księcia z bajki…. to, że większość kandydatów okazywała się zwykłymi żabami (żeby nie powiedzieć ropuchami….), to też już jest wszystkim wiadome…. no ale, że Frytka uparta jest, to w swych poszukiwaniach nie ustała…. wymagania, jakie powinien spełnić kandydat, miała Frytka wyraźnie sprecyzowane…. pominąć należy takie oczywiste, jak miłość do zwierząt i brak sympatii do wiodącej partii narodowej…. skupmy się na tych najważniejszych… miał to być mężczyzna wysoki (żeby Frytka na szpilkach mogła koło niego pomykać…), postawny (żeby przy jego gabarytach gabaryty Frytki wydawały się  dużo mniejsze, niż w rzeczywistości….), o smagłej cerze i ciemnych włosach…. no i tak ukierunkowana Frytka przerzucała te strony ze zdjęciami kandydatów, i przerzucała, i wtem…. jest!… przeczytała Frytka opis, w zasadzie wszystko się zgadzało…. w zasadzie, bo … jak było widać na załączonym wcześniej obrazku, jest niski, i łysy, i cerę ma śniadą wtedy, gdy się opali, i gabarytowo od Frytki za bardzo nie odbiega, ale …..  jakoś tak Frytka, poczuła, że to może być właśnie ten…. no a skoro poczuła, to bez dłuższej zwłoki (wiadomo „teraz i natentychmiast”), postanowiła zadziałać…. jak postanowiła, tak zrobiła, znaczy, napisała do niego wiadomość….. jego odpowiedź zachęcała do dalszej konwersacji, więc kuła Frytka żelazo póki gorące…. i tak, po kilku dniach, słowo pisane mailowo przeszło w słowo pisane sms-ami, potem słowo pisane sms-ami przeszło w słowo mówione …. i tak Frytka z owym mężczyzną mówiła, i mówiła, najpierw po kilka słów, potem tych słów było coraz więcej, a gdy pewnego razu słów wystarczyło na siedmiogodzinną rozmowę, stwierdziła Frytka, że czas na spotkanie twarzą w twarz…. i tak się stało…. 

a jeszcze taka anegdotka: mężczyzna ten, w przeciwieństwie do innych kandydatów, którzy najchętniej zaciągnęliby Frytkę od razu do łóżka, zaproponował, żeby znajomość rozwijała się małymi kroczkami … he he he, małymi kroczkami, he he he….  że to się uda, mógł pomyśleć tylko ten, kto nie zna Frytki…. kobiety do wielu posunięć są zdolne, byle by osiągnąć swój cel ….. Frytce tym razem pomógł los….. już tydzień później wisiała Frytka nad sedesem, wymiotując (grypa żołądkowa….), a ten mężczyzna, nie bacząc na mało zachęcający wygląd Frytki (spocone czoło, błędny wzrok i POTARGANE WŁOSY… rozumiecie grozę?… nie miała Frytka siły, żeby ułożyć włosy, taka to straszna choroba była!!!….), podawał jej ręcznik do wytarcia ust, przynosił ciepłą herbatkę do, nomen omen, łóżka i otulał kocykiem…. w tym oto momencie stwierdziła Frytka, całkiem przytomnie o dziwo: skoro nie uciekł teraz, to już zostanie….. no i został….  😀