Skip to content

Frytka w stolicy, czyli „Warszawa da się lubić, tutaj szczęście można znaleźć, tutaj…. bilet można zgubić”…

odbyła Frytka podróż do stolicy a że, w takich przypadkach, Frytka i nuda nie idą w parze, więc i tym razem nie obyło się bez przygód… Frytka z żadnymi nawigacjami jeździć nie lubi, bo nie będzie jej jakaś inna kobieta mówić, jak Frytka ma żyć, a już na pewno, jak ma jeździć w związku z czym, jazda odbywa się na pamięć… znaczy się, wyznacza sobie Frytka trasę, korzystając z dostępnych narzędzi internetowych, drukuje sobie wskazówki i … stara się zapamiętać… no i w zasadzie jest ok, nie ma o czym mówić… no może tylko o tym, że jak jest napisane „na rondzie pierwszym zjazdem w Al. Krakowską” to należy najpierw wjechać na rondo, a nie zjeżdżać przed rondem, bo zamiast na Starej Ochocie, to wylądujecie na Nowym Mokotowie (czy jakoś tak…) … to tyle w ramach małych podpowiedzi… a teraz do tematu…

cel podróży szpital na Banacha… żeby on był położony w jakiejś spokojnej okolicy, wśród zieleni, to nie, przy ruchliwej ulicy, z pięcioma pasami, dziwnymi zjazdami, zakazami zawracania i … tramwajami…. i w tym wszystkim Frytka z prowincji… pięć kółek w te i z powrotem zrobiła Frytka, szukając wjazdu na parking, zanim zorientowała się, że te szlabany, co to blokują wjazd i nie ma przy nich żadnej budki strażniczej, to otwierają się po naciśnięciu guziczka i pobraniu bileciku…. ok, pobrała Frytka rzeczony bilecik, pojeździła „parę” chwil, zanim znalazła wolne miejsce i na tym emocje mogłyby się zakończyć… ale oczywiście nie w przypadku Frytki… po załatwieniu stosownych spraw, można było opuścić zarówno szpital, jak i parking… aby to zrobić, należało oczywiście, opłacić bilecik, coby mógł on otworzyć kolejny szlaban, tym razem wyjazdowy…. spoko, skoro w swoi mieście radzi sobie Frytka z parkomatami, w które za każdym razem trzeba wklepywać numer rejestracyjny auta, to i z takim automatem do opłat sobie Frytka poradzi… ale tu wystąpił jednak pewien problem… otóż… bilecik wcięło… przetrząsnęła Frytka torebkę wszerz i wzdłuż… no nie ma… i co teraz? … bez bileciku nie ma opłaty, bez opłaty nie ma wyjazdu… jako, że Frytka się nie poddaje, to i w takiej sytuacji musiała znaleźć rozwiązanie… rozpoczęła intensywny proces myślowy i już po chwili, poczuła się jak taka, wiecie, damska wersja pomysłowego Dobromira (chociaż w tym wypadku to bardziej zaczarowany ołówek by się przydał…)… otóż wykombinowała sobie Frytka, że pójdzie wziąć drugi bilecik… no sami powiedzcie, czy to nie było wprost genialne w swej prostocie?… pogalopowała Frytka rączo do biletomatu, wcisnęła guziczek i… radość z pomysłu prysła jak bańka mydlana… bo automacik pomyślał, pokombinował, i zamiast bileciku wypluł komunikat: „bez samochodu biletu nie wydam”…  na takie dictum nie pozostało Frytce nic innego, jak pójść do budki strażniczej, która stała przy wyjeździe, i zapytać, co w takiej sytuacji należy zrobić… w budce siedział Pan Strażnik, w wieku odpowiednim dla strażnika, i konsumował swój branch, lancz czy też, po prostu, swoją bułkę z kiełbasą… „dzień dobry” – zagaiła grzecznie Frytka- „smacznego” – dodała i na koniec, smutnym głosem, popartym takimże wzrokiem, wyjaśniła „zgubiłam bilecik”… na co Pan Strażnik odrzekł: „osmdgfzmdziesiąt”- jako, że miał tę swoją bułkę w ustach… „słucham?”- postanowiła dopytać Frytka… Pan Strażnik westchnął, przełknął i powtórzył „osiemdziesiąt”….  „osiemdziesiąt?…” – chciała się upewnić Frytka, bo suma ją lekko zszokowała…  Pan Strażnik tylko pokiwał głową i wskazał na cennik a tam, jak byk, czarno na żółtym stało: opłata za zagubiony bilet – 80 zł…  „kartą pewnie u pana nie zapłacę?…” – z rezygnacją zapytała Frytka… „nie, ale tam jest bankomat” – uczynnie wskazał Pan Strażnik… więc powlokła się Frytka do tego bankomatu, wypłaciła (z bólem serca) pieniążki i wraca… i podaje Panu Strażnikowi kwotę o ON…. wiecie co robi Pan Strażnik?… otóż On mówi: „niech pani sobie ten bilet opłaci” i podaje Frytce piękny, nowiutki bilecik parkingowy… nie czekała Frytka aż się Pan Strażnik rozmyśli, nie wnikała, co Go skłoniło do tej decyzji, tylko czym prędzej wzięła bilecik, pobiegła do automatu, dokonała opłaty w kwocie 8zł (!) i wreszcie mogła opuścić „gościnne” progi szpitala…

a na koniec z cyklu „porady drogowe”…. jeśli na drodze, którą jedziecie, stoi facet w pomarańczowej kamizelce i macha lizakiem, w miarę jak się zbliżacie, macha coraz bardziej nerwowo, dołączając do tego gestykulację drugą ręką, a potem z przerażeniem w oczach uskakuje spod kół waszego samochodu, to wiedzcie, że należy zjechać na drugi pas, bo na waszym są roboty drogowe… no, to tyle, miłej podróży…

matka….

tak niby z okazji dnia matki, ale trochę też w kontekście wyjazdu Młodego…

 

 

szkoła (prze)życia….

wywołana przez Hegemona , że niby ma pisać częściej, bierze się Frytka do roboty….

Młody… tak, wie Frytka, ulubiony temat niejednego czytelnika tego bloga… otóż Młody wyjeżdża do Niemiec, ze szkoły, na praktyki zawodowe… no wielkie mecyje rzekłby ktoś…. dobra, dobra, ale pamiętacie co się działo jak Młody wyjeżdżał na trzy dni do Katowic?… nie?…  to proszę serce matki  … no, to teraz wyobraźcie sobie, co się dzieje, skoro wyjeżdża za granicę i to NA MIESIĄC!…. wiadomość o wyjeździe przyjęła Frytka nawet spokojnie….ale to było ponad pół roku temu!!!… Frytka jechała wtedy na prochach… nocą, w trakcie lunatykowania, wyjadała czekoladę i w ogóle świat wydawał się zajefajny… ale teraz, gdy do wyjazdu został tydzień, prochy się skończyły a Frytka ma za sobą spotkanie organizacyjne w szkole, dopiero się zaczęło… jak On sobie poradzi? … syneczek malutki (i nie ważne, że ma prawie 1,80 m wzrostu i osiemnaście lat skończone, że się goli, chodzi z chłopakami na piwo i spotyka się z dziewczynami, to są nic nie znaczące fakty i nie ma się co na nie powoływać…)… no dobrze, posiłki dostaną (tylko muszą opanować poruszanie się po stołówce, w sensie wchodzić drzwiami z napisem „wejście”, a wychodzić tymi z napisem „wyjście”, bo podobno są tacy, co mają z tym problem… no się Frytka nie dziwi, skoro napisy są po niemiecku….)…  o porządek w pokoju muszą zadbać sami, pod warunkiem, że poradzą sobie jakoś z obsługą szczotki, szufelki i mopa…. jeśli nie od razu i nie samodzielnie, to podejrzewa Frytka, że są jakiejś tutoriale na necie, pewnie wystarczy tylko wpisać w gugla kluczowe słowa typu „perfekcyjna i mop” (czy coś w podobie…) i wyskoczy cała instrukcja, krok po kroku … dojazd do miejsca praktyk, pociągiem (będą mieszkać w jakiejś wiosce pod Lipskiem…) też jakoś, z pomocą GPS-ów w telefonach, ogarną… jest jednak jedna rzecz, o którą martwi się Frytka najbardziej…. tak się martwi, że gdyby nie braki finansowe, zakupiłaby Młodemu 30 koszulek, 30 par majtek i tyleż samo skarpetek oraz wystarczającą liczbę spodenek, spodni i bluz… już wiecie? … no oczywiście, że chodzi o pranie… bo nie wie Frytka, jak Wasze latorośle (w sensie, że młodzież…), ale Młody (tak samo zresztą jak reszta znanych Frytce młodych ludzi płci obojga…) potrafi, a jakże, obsługiwać najnowsze modele srajfonów, buszować w internetach, przewracać oczami i wzdychać, kiedy matka pyta: „dlaczego, skoro kliknęłam myszką „kopiuj” na jednym komputerze, a potem, jak podpięłam ją do drugiego komputera, to nie działa „wklej”?”, ale jak przychodzi do wstawienia prania, to nagle okazuje się, że obsługa pralki, to już ciemna magia….

 

kariera….

no dobrze, pośmialiśmy się wczoraj, pożartowaliśmy, czas wrócić do poważnych spraw…

Młoda robi karierę, wiecie, taki american dream, takie od pucybuta do milionera, a że to dzieje się w naszym miodem i mlekiem płynącym, szczęśliwości pełnym kraju, to jest to raczej od szeregowego sprzedawcy na śmieciowej umowie do „po co mi to, KUR*@, było?!” czyli do założenia własnej działalności gospodarczej…. „załóż działalność w jeden dzień!” – kuszą hasła reklamowe… he he he – jakby skomentował nieoceniony Piotrek Żyła…  pomińmy ZUS-y, srusy i inne urzędy statystyczne… skupmy się na jednym …. urząd skarbowy, to jest klasa sama w sobie… jako zaczynająca swą drogę w byznesie musiała się Młoda zarejestrować jako czynny płatnik podatku VAT… spoko, wypełniła druczki, złożyła pierdyliard dokumentów i …. czeka…. na wpis… po tygodniu czekania jedzie do urzędu, dowiedzieć się, jak sprawy stoją i czego się dowiaduje?… że nie stoją, ale leżą i będą leżeć, dopóki urząd nie skontroluje, czy ona faktycznie tę działalność prowadzi… czaicie?… a w jaki sposób skontroluje?…. przychodząc pod wskazany w dokumentach adres firmy…. oookeeeeeey – rzekła Młoda i pojechała na wyjazd integracyjny kierowników sklepów dość znanej sieciówki …. a w tym czasie, u drzwi mieszkania stanęło dwóch rosłych karków, w czarnych kapeluszach i prochowcach…. tzn., tak naprawdę to nie wie Frytka, jak wyglądali, bo jej w domu wtedy nie było… nie ważne, stanęli, zadzwonili i, kiedy domowy cerber czyli teściowa, im otworzyła, zażyczyli sobie obejrzeć lokal w którym taka to a taka prowadzi działalność gospodarczą…. teściowa może i jest mikrej postury ale, jak to bywa u takich ras, że im mniejsze, tym bardziej dziamate (vide ratlerki…), tak i u niej, charakterek niczym u pitbula szkolonego do walk psów w jakiejś zatęchłej dziurze w Meksyku…. zaparła się i nijak ich wpuścić do mieszkania nie chciała… panowie poskarżyli się, telefonicznie, Młodej, ta zainterweniowała u babci i dopiero wtedy kontrola mogła się odbyć… a na czym polegała? … na zajrzeniu do pokoju, stwierdzeniu „jest biurko” i zrobieniu zdjęcia temu biurku… nie pytajcie, bo Frytka sama nie wie, jaki to ma sens…. w każdym razie, wyszło jej, że skoro ma się biurko, to jest się wiarygodnym przedsiębiorcą dla urzędu skarbowego…. może to jakiś wyznacznik stanu zamożności?…

a tak jeszcze w temacie kariery… na swoje ogłoszenie o poszukiwaniu pracy dodatkowej, dostała Frytka wczoraj odpowiedź: „zapraszamy na rozmowę do McDonalds, Piotrków ul…..” i tak sobie Frytka myśli, że z powodu poważnych luk w wykształceniu, tzn. braku tytułu magistra prawa, a właściwie braku tytułu jakiegokolwiek magistra, jej kariera może lec w gruzach już na starcie ….

 

story of my life….

ja wiem, że przyzwyczaiłam Was do innej formy postów na blogu, ale … Wasze komentarze pod poprzednim moim wpisem jakoś tak na mnie zadziałały, że postanowiłam napisać więcej o swoim życiu… i tylko proszę, nie traktujcie tego jako użalanie się nad sobą, bo wiem, że sama sobie takie życie wybrałam… po prostu, chyba muszę napisać, co mi leży na wątrobie… i ostrzegam, krótko ani wesoło nie będzie, więc czytacie na własną odpowiedzialność …

urodziłam się w rodzinie pracowniczej z matki…. eeee, to chyba nie jest dobry wstęp ….

więc jeszcze raz…. urodziłam się i żyłam w rodzinie, której daleko było do ideału, może w skrócie tylko powiem, że z ojcem nie miałam dobrego kontaktu (i to jest eufemizm….), matka robiła to, co jej kazał i rzadko stawała w mojej obronie, więc naturalną rzeczą było, że chciałam się jak najszybciej wynieść z domu…   może dlatego w wieku 18 lat urodziłam dziecko, Starszego, z jego ojcem rozstałam się jeszcze przed porodem, i zostałam samotną matką…. w tamtych czasach nie było to powodem do dumy… paradoksalnie, jakoś mi to pomogło… zaocznie ukończyłam szkołę i poszłam do pracy, w szpitalu, jako sekretarka medyczna… dostałam pokój w hotelu pielęgniarskim i wyniosłam się z domu… wreszcie….  uwierzcie mi, że pomimo okoliczności, wcale nie było mi najgorzej, pracowałam, dziecko chodziło do przedszkola… dawałam radę, brakowało mi tylko jednego…. mężczyzny… wiem, wiem, dziewczyny, teraz większość z Was, i to niekoniecznie feministki, powie, że głupia… może i tak, ale ja czułam się samotna, potrzebowałam męskiego ramienia, opieki, wsparcia… może dlatego, że w domu tego nie zaznałam? … i wtedy poznałam swojego przyszłego męża…

nie była to szalona miłość od pierwszego wejrzenia, przynajmniej z mojej strony i może trzeba było wtedy się zastanowić? … ale pokochałam go, pobraliśmy się i urodziła się Młoda… odeszłam na urlop wychowawczy i wyjechaliśmy z moich rodzinnych Kozienic do Piotrkowa…. przyjechałam w obce strony, zamieszkałam z obcymi ludźmi (teściów widziałam do tej pory może ze trzy razy….), bez przyjaciół….  całe dnie spędzałam sama z dziećmi, prowadziłam „dom”, bo małżonek „od zawsze” pracował jako kierowca, więc go nie było… po pracy zawsze musiał się odstresować więc spotykał się z kolegami na piwie…. on przynajmniej miał kolegów….

o pierwszych długach mojego męża, jeszcze z czasów kawalerskich, dowiedziałam się może rok po ślubie?…. do wyboru była spłata albo odsiadka, spłaciliśmy ze wspólnych pieniędzy ….  od tej pory było już standardem, że średnio raz do roku dowiadywałam się o czymś nowym… a to jakiś kredyt, a to zakup kamery albo magnetowidu, których oczywiście, nigdy na oczy nie widziałam…. kiedy Młoda miała około dwóch lat, spakowałam rzeczy i powiedziałam, że odchodzę… nie odeszłam, nie miałam dokąd…. on obiecał poprawę… wróciliśmy do Kozienic, ja wróciłam do pracy w szpitalu, on też miał jakąś pracę… nie było źle, urodził się Młody… radość tatusia, bo synuś, bo przedłużenie rodu i inne takie męskie pierdoły…. sielanka nie trwała długo, kolejny dług mojego męża, kredyt wzięty nie wiadomo na co, utrata pracy i znów musieliśmy przeprowadzić się do Piotrkowa …. to była najgorsza rzecz jaką mogłam wtedy zrobić…. to było 18 lat temu… wiecie, oczyma wyobraźni widzę, jak teraz załamujecie ręce i mówicie, głupia baba, po co jej to było?…. sama teraz tak myślę, ale wtedy…. kochałam go, mimo wszystko, miałam troje dzieci, nie umiałam tego wszystkiego zostawić, choć teraz wiem, że powinnam…. a poza tym, to nie tak, że było tylko źle…  były przecież fajne chwile… ktoś powie „właśnie, chwile…” … kiedy Młody miał trzy lata, pojechałam do Szwecji, do pracy, przez pół roku sprzątałam domy i mieszkania…. po powrocie, część zarobionych przeze mnie pieniędzy poszła na spłatę kolejnego długu mojego męża… potem znalazłam pracę w kancelarii notarialnej, nieźle zarabiałam, on też pracował, powinniśmy spokojnie dawać radę, czegoś się dorobić…. niestety, mój małżonek miał coraz większe problemy… w każdej pracy było źle, szef niedobry, warunki do dupy więc należało zmieniać…. normą stało się, że w żadnej firmie nie przepracował dłużej niż rok… po zwolnieniu potrzebował „kilka” miesięcy, żeby odpocząć i odreagować….pił… nie ważne było, że rachunki i wydatki nie poczekają… przecież ja pracowałam… ciągnęłam to wszystko, jak było gorzej, brałam mniejsze kredyty …. niestety sytuacja znacznie się pogorszyła, kiedy w barach i na stacjach benzynowych pojawiły się maszyny… tu już mój małżonek kompletnie popłynął… żeby się nie rozwodzić, w ciągu kilku lat przegrał nasz samochód i kilkadziesiąt tysięcy złotych, tak z różnych kredytów jak i służbowych pieniędzy … do kogo przychodził, jak trzeba było je oddać? … no oczywiście do żony, która zawsze potrafiła posprzątać jego bałagan…  tak, pożyczałam pieniądze, brałam kredyty na swoje nazwisko (bo mieliśmy już wtedy podpisaną umowę rozdzielności majątkowej) i spłacałam… możecie powiedzieć, że byłam głupia, zgadzam się, ale robiłam to a on wiedział, że pomimo moich „jeśli weźmiesz kolejny kredyt, to od Ciebie odejdę…”, zawsze będę i załatwię… w ten sposób dorobiłam się kredytu na 30 tys, mojego własnego….  miarka przebrała się cztery lata temu, kiedy odebrałam telefon od jego ówczesnego szefa… usłyszałam, że jesteśmy (MY jesteśmy) złodziejami, że okradliśmy jego firmę i inne takie… kiedy w końcu doszłam do głosu i zapytałam o co chodzi, dowiedziałam się, że mój szanowny małżonek, w ciągu trzech miesięcy pracy UKRADŁ paliwa na 16 tys złotych…. tego dnia powiedziałam mu, że z nami koniec…. finałem miesiąca rozmów, kłótni i wzajemnych pretensji było to, że ma się wyprowadzić, wyjechać pracować do Niemiec, tam zarabiać i przysyłać mi pieniądze, żebym mogła pospłacać wszystkie długi… wyjechał… jeśli ktoś myśli, że od tej pory wszystko poszło już jak z płatka, to się grubo myli… ja zostałam tu, mieszkając u teściowej, bez żadnych oszczędności, za to z kredytem… wtedy, jak to ujął psychiatra, miałam pierwszy epizod depresji… było ciężko, pieniądze od małżonka raz były, raz nie… za to ciągłe pretensje, obwinianie mnie o rozpad małżeństwa na porządku dziennym, bo to ja jestem ta zła, nie chcę mu dać szansy, a on mnie przecież kocha …. kiedy przestałam odbierać telefony, to dostawałam sms-y z groźbami, że nie będzie płacił i takie tam…. nie raz usłyszałam, że te kredyty, to sobie przecież sama wzięłam, a skąd on ma wiedzieć na co?… dopiero pisma od komorników o spłaceniu jego długów w porównaniu z datami i kwotami wziętych kredytów, odświeżyły mu pamięć… no nie ważne, nie działo się dobrze… potem ja straciłam pracę i kolejna depresja, rok leczenia i brania psychotropów….  na dzień dzisiejszy stan jest taki, że ja ciągle wychodzę z depresji, kredyt jest w końcu spłacony (nie powiem, że bez jego pomocy, bo w końcu się poczuł….), została podjęta decyzja o rozwodzie no i właśnie  w związku z tym muszę sobie znaleźć mieszkanie, bo dalsze mieszkanie u teściowej (a niedługo byłej teściowej…) na dłuższą metę nie wchodzi w grę… i choć staram się podchodzić do wszystkiego z humorem, staram się uśmiechać, to boli mnie, że pracując uczciwie od 18-tego roku życia, w tej chwili nie mam nic, prócz dzieci….. że dorobiłam się tylko długów i siwych włosów, i to ja muszę, po raz kolejny, szukać pomocy i rozwiązania…. mam pracę na razie do końca roku, bez szału jeśli chodzi o pensję, więc nie poszaleję… i wiecie co? …  jestem już tym zwyczajnie zmęczona, chciałabym się poddać ale… kto jak nie ja, tak?…

ok, ktoś dotrwał do końca? … gratuluję cierpliwości i dziękuję…

to pisałam ja, Wasza Frytka….

kto szuka, ten znajduje?…. taaa, jasne …

tak się złożyło, że w niedalekiej przyszłości, będzie musiała Frytka znaleźć sobie nowe lokum do mieszkania… na pierwszy plan wysuwa się od razu oczywista oczywistość – kupić, ale tu pojawia się pewna, znana większości, przeszkoda… tak, zgadliście, brak kasy…. pierwsza myśl – kredyt…. wydawać by się mogło, że w czasach, kiedy kredytów udzielają na każdym rogu (i za rogiem też, choć tu by się Frytka zastanowiła jednak…), to żaden problem… otóż nie w przypadku Frytki, której los postanowił rzucić kolejną kłodę pod nogi.. w postaci wieku… i nie chodzi o aktualnie panujący nam wiek XXI, tylko o wiek Frytki… normalnie, to wszyscy że och i ach, że dojrzałe kobiety, że jak wino, że im starsze tym lepsze i takie tam… no może dla napalonych dwudziestokilkulatków, ale nie dla banków…. nie dla Frytki rodzina na cudzym…eeee… znaczy się, na swoim… nie dla niej mieszkanie z młodym, znaczy noo… mieszkanie dla młodych…. nawet pińcet plus nie dla Frytki… i byłaby się Frytka poddała i zamieszkała gdzieś pod mostem, gdyby nie to, że ród polski z dobrych rad słynie i zawsze znajdzie się jakaś litościwa dusza, która błyśnie pomysłem… „znajdź se kochasia z chałupą” – usłyszała Frytka z ust „życzliwego”… no jakież to genialne w swej prostocie…. oczywiście, żeby plan się powiódł, należy  znaleźć WOLNEGO kochasia z chałupą … że to nie jest takie łatwe, przekonała się Frytka dość szybko, więc postanowiła zmniejszyć wymagania: znaleźć kochasia z chałupą…. to okazało się już prostsze, ale z racji tego, że tacy kandydaci mają w zanadrzu niespodzianki w postaci żony tudzież innej, prawem  przypisanej, przyległości, której niekoniecznie w smak byłaby obecność Frytki w jej chałupie plan, jako nie spełniający podstawowego celu, spalił na panewce… biorąc pod uwagę powyższe, na chwilę obecną, jedyne co może Frytka zrobić, to znaleźć kochasia 😀 …. jako, że to jednak nie rozwiązuje podstawowej kwestii,  chyba rozejrzy się Frytka za jakąś fajną miejscówką nad wodą, pod szczelnym zadaszeniem… lato idzie, nie trzeba będzie z domu wychodzić, żeby się poopalać… jedna tylko myśl nie daje Frytce spokoju: jak ułożyć fryzurę bez prądu?…

filozof…

wchodzi Frytka do kuchni, niosąc całe naręcze zasmarkanych chusteczek, bo ją choroba dopadła…. wiecie taka, co to jak choruje facet, to on nie choruje tylko walczy o życie i ostatkiem sił spisuje testament… tak, właśnie taka… no więc (tradycyjnie chrzanić to więc…) wchodzi Frytka z tymi chusteczkami do kuchni, bo tam kosz na śmieci jest, tradycyjnie, jak w każdym domu, pod zlewem, no i natyka się Frytka na Młodego, który stoi przy blacie … a na blacie leży prawie cała zawartość lodówki (poza mrożonkami)… wystraszyła się Frytka, że może w chorobie zapomniała o jakiejś mającej nastąpić imprezie, więc pyta zaniepokojona: co kombinujesz?… na co Młody ze spokojem: kanapki sobie szykuję…. z tego wszystkiego?? – drąży temat Frytka…. i wtedy Młody rzecze:

bo wiesz… szykujesz sobie dwie kanapki, obie z tym samym… i tak patrzysz potem na te kanapki i myślisz: kim ja jestem? co ja w życiu osiągnąłem? jaki sens ma to wszystko?…. a jak sobie zrobisz każdą z czym innym, albo nawet podzielisz na połówki i każdą zrobisz z czymś innym, to potem od razu widać, że człowiek sukcesu z ciebie…..

swoją drogą, dobrze, że w tej sytuacji, on taki zaradny…

PS. a tak w ogóle, to wśród tych zasmarkanych chusteczek i wśród kichania i łzawienia, niepostrzeżenie, minęła Frytce kolejna rocznica prowadzenia bloga, siódma jakby…. i choć powiadają, że co siedem lat się charakter zmienia, to charakter tego bloga zmianom się nie podda (a szczególnie tej „dobrej”) i ma Frytka nadzieję, że wciąż będziecie tu zaglądać i że się nawet czasami uśmiechniecie …