Przeskocz do treści

rozmiar ma znaczenie….

oprócz sąsiadki Zofii (tfu, tfu, lepiej nie wywoływać wilka z lasu, a Zofii z mieszkania…), posiada Frytka także sąsiada…. sąsiad rzecz, niby, normalna, ale ten sąsiad jakoś tak ciągle na Frytkę (albo Frytka na niego…) wpada, niczym Zofia (tfu, tfu jak wyżej…) …. a że jest człowiekiem mikrej postury, w przeciwieństwie do Zofii (tfu itd. jak wcześniej….), bo wzrostu wyższego krasnala ogrodowego i wagi lekko półśmiesznej, a Frytka ma wzrok nowo narodzonego kocięcia, to nie zawsze uda się Frytce w porę go wypatrzyć….. i w ten sposób, co chwilę, słyszy Frytka: „dzień dobry sąsiadko”…. „a dokąd to idziemy sąsiadko?”… „wcześnie, sąsiadko wstajesz…” i inne takie sąsiedzkie zagaduszki… któregoś dnia, w drodze do pracy, udało się Frytce spokojnie przebyć klatkę schodową, chodnik wzdłuż bloku i, gdy „już była w ogródku, już witała się z gąską”, nagle przed jej nogami zatrzymał się mercedes, a z jego wnętrza dobiegło Frytkę: „sąsiadko, podwiozę”…. tak właśnie, rzeczony sąsiad posiada mercedesa….. panom, którzy chcieliby znać szczegóły, odpowiada Frytka: szarego… na nic zdały się protesty Frytki, że: „dziękuję, że się przejdę, że do biedry jeszcze na zakupy muszę…”…. sąsiad był uprzejmie nieustępliwy… Frytka oszacowała wzrokiem gabaryty auta (jego wysokość „w kłębie” sięgała tak mniej więcej pasa Frytki…), westchnęła, zebrała się w sobie, jakby próbując zmniejszyć swój rozmiar, i rozpoczęła proces wsiadania do markowego wehikułu…. Frytka nie raz, i nie dwa widziała w telewizji, jak dama do auta powinna wsiadać, wiec, jako, że teorię miała opanowaną, to postanowiła ją zastosować w praktyce… najpierw należało umieścić na siedzeniu swoje, nomen omen, siedzenie, a potem elegancko wciągnąć do środka swoje dolne odnóża…. z tym pierwszym poszło Frytce całkiem nieźle, bo przy manewrze jedynie uderzyła tyłem głowy o górną belkę drzwi, ale z wciągnięciem nóg już nie było tak łatwo, gdyż jakoś tak, przestrzeń w środku, okazała się być mało wystarczająca….. no ale nie z Frytką takie numery…. zawzięła się w sobie, i z gracją słonicy, jednym kolanem waląc sobie w szczękę, a drugim w deskę rozdzielczą, umieściła się w końcu na siedzeniu…. sąsiad, zadowolony ruszył, zagajając jednocześnie rozmowę, na której Frytka nijak nie mogła się skupić, bo podsufitka niemiłosiernie gniotła ją w głowę, w której to głowie, kołatała się jedna myśl: MOJE MISTERNIE UŁOŻONE WŁOSY!!!!           

krytyk kulinarny ….

uwaga, lokowanie produktów…

po czterech dniach diety spędzonych w mieście, wyjechała Frytka poza jego szacowne mury, w rejony bardziej sielskie i anielskie… po wyłonieniu się z auta, poczuła też sielskie i anielskie zapachy, które o tej porze roku są szczególnie nasilone …. i nie, nie chodzi o kwitnące jabłonie, czereśnie tudzież bzy wszelkiego rodzaju…. bo otóż od wschodu zaleciał zapach dymu, w którym dało się wyczuć subtelny zapach pieczonej kiełbaski…..

Frytka pociągnęła nosem i ze stoickim spokojem oraz pewnością, stwierdziła: śląska z morlin, paczka z biedry, już niestety, lekko przypalona, ktoś się zagapił… 

wzrok Tego Mężczyzny, który, wypakowując torby z bagażnika zamarł w miejscu, wskazywał, że czeka on na dalszy rozwój wypadków….

nie chcąc go zawieść, wykonała Frytka lekki obrót i, tym razem z południa, poczuła kolejny aromat… znów pociągnęła nosem, chwilę się zastanowiła: kaszanka, cienka, z tesco…. skórka już pęka, idealna do zjedzenia ….

TM wyprostował się wreszcie, a na jego twarzy błąkało się niedowierzanie pomieszane z lekką obawą o zdrowie psychiczne Frytki…..

aby dopełnić dzieła, zrobiła Frytka kolejny ćwierćobrót, wciągnęła powietrze nosem i rzekła: skrzydełka kurczaka, od Gaika (lokalna masarnia – dop. autorki), trzeba na drugą stronę odwrócić i dać im jeszcze chwilę….. po czym, tonem wyjaśnienia, dodała: tak, tak, mój drogi, teraz, w trakcie tej diety, to ja będę wyczulona na takie zapachy, jak świnia na trufle….

TM wybuchnął śmiechem, a Frytka, z ciężkim sercem i prawie pustym żołądkiem (bo co tam jakaś sałata z pomidorem, w obliczu takich smakowitości…) zakończyła „węszenie” po okolicy…

od strony zachodniej czuć było tylko powiew chłodnej bryzy od, nieopodal płynącej, rzeki, a nad horyzontem zachodziło słońce….. 

z życia kobiety … normalnej?…

od jakiegoś czasu budziła się Frytka z przeświadczeniem, że dzieje się coś niedobrego…. a to nie pasowało to, a to nie pasowało tamto…. to się skurczyło, tamto zbiegło…. czy to wina pralki?… czy za wysoka temperatura prania?… czy zła jakość materiałów?… ale, z drugiej strony, czy może się w praniu skurczyć coś, co było już prane milion razy?…. powoli, baaaardzo powoli, zaczęło do Frytki docierać, że jednak nie w tym rzecz….  zaczęła docierać przykra prawda, że to może być jednak wina samej Frytki…. aby odegnać od siebie wszelkie podejrzenia, postanowiła Frytka sprawdzić wszystko naukowo…. w związku z powyższym, wyciągnęła spod szafki stosowny przyrząd (czyt. wagę…), stanęła na nim i sekundę później, wszystkie próby pozbycia się przez Frytkę odpowiedzialności, za zaistniały stan rzeczy, zostały rozbite na marny puch, gdyż i ponieważ, nieczuły i bezlitosny przyrząd wystosował grzeczny, aczkolwiek stanowczy, komunikat o treści:

„proszę wchodzić pojedynczo” 

znaczy się, dieta obrotowa pt: gdzie się Frytka nie obróci, tam coś zeżre, nie była dobrym wyborem i czas na inną….  

PS, coś jakby wprost o Frytce: lekarz kazał mi dbać o wagę…. już dwa razy dziś z niej kurz wytarłam…. 😀

ten facet….

taka jedna olitoria zwana też ahają, zażyczyła sobie poznać historię znalezienia przez Frytkę „tego mężczyzny” …. a że to nie jest żadną tajemnicą, to włala….

jak wszyscy już wiom, swego czasu udzielała się mocno Frytka na wiadomym portalu randkowym i szukała na nim swego księcia z bajki…. to, że większość kandydatów okazywała się zwykłymi żabami (żeby nie powiedzieć ropuchami….), to też już jest wszystkim wiadome…. no ale, że Frytka uparta jest, to w swych poszukiwaniach nie ustała…. wymagania, jakie powinien spełnić kandydat, miała Frytka wyraźnie sprecyzowane…. pominąć należy takie oczywiste, jak miłość do zwierząt i brak sympatii do wiodącej partii narodowej…. skupmy się na tych najważniejszych… miał to być mężczyzna wysoki (żeby Frytka na szpilkach mogła koło niego pomykać…), postawny (żeby przy jego gabarytach gabaryty Frytki wydawały się  dużo mniejsze, niż w rzeczywistości….), o smagłej cerze i ciemnych włosach…. no i tak ukierunkowana Frytka przerzucała te strony ze zdjęciami kandydatów, i przerzucała, i wtem…. jest!… przeczytała Frytka opis, w zasadzie wszystko się zgadzało…. w zasadzie, bo … jak było widać na załączonym wcześniej obrazku, jest niski, i łysy, i cerę ma śniadą wtedy, gdy się opali, i gabarytowo od Frytki za bardzo nie odbiega, ale …..  jakoś tak Frytka, poczuła, że to może być właśnie ten…. no a skoro poczuła, to bez dłuższej zwłoki (wiadomo „teraz i natentychmiast”), postanowiła zadziałać…. jak postanowiła, tak zrobiła, znaczy, napisała do niego wiadomość….. jego odpowiedź zachęcała do dalszej konwersacji, więc kuła Frytka żelazo póki gorące…. i tak, po kilku dniach, słowo pisane mailowo przeszło w słowo pisane sms-ami, potem słowo pisane sms-ami przeszło w słowo mówione …. i tak Frytka z owym mężczyzną mówiła, i mówiła, najpierw po kilka słów, potem tych słów było coraz więcej, a gdy pewnego razu słów wystarczyło na siedmiogodzinną rozmowę, stwierdziła Frytka, że czas na spotkanie twarzą w twarz…. i tak się stało…. 

a jeszcze taka anegdotka: mężczyzna ten, w przeciwieństwie do innych kandydatów, którzy najchętniej zaciągnęliby Frytkę od razu do łóżka, zaproponował, żeby znajomość rozwijała się małymi kroczkami … he he he, małymi kroczkami, he he he….  że to się uda, mógł pomyśleć tylko ten, kto nie zna Frytki…. kobiety do wielu posunięć są zdolne, byle by osiągnąć swój cel ….. Frytce tym razem pomógł los….. już tydzień później wisiała Frytka nad sedesem, wymiotując (grypa żołądkowa….), a ten mężczyzna, nie bacząc na mało zachęcający wygląd Frytki (spocone czoło, błędny wzrok i POTARGANE WŁOSY… rozumiecie grozę?… nie miała Frytka siły, żeby ułożyć włosy, taka to straszna choroba była!!!….), podawał jej ręcznik do wytarcia ust, przynosił ciepłą herbatkę do, nomen omen, łóżka i otulał kocykiem…. w tym oto momencie stwierdziła Frytka, całkiem przytomnie o dziwo: skoro nie uciekł teraz, to już zostanie….. no i został….  😀          

płaskopodeszwie – domowa elegancja w czasie pandemii…

jeden taki,Mikołajem Miką zwany, zadanie Frytce do wykonania zlecił, i chociaż każdy, kto zna Frytkę, domyśli się, że nijak ono do jej poglądów nie pasuje, to jednak bierze Frytka to wyzwanie na klatę i liczy, że to zadanie zaliczy….. 😀

czasy jakie są każdy widzi, a obostrzenia obligują nas do pozostania w domu, z ewentualnym wychodzeniem do sklepu po kolejne pudełko ryżu czy też kolejny kilogram mąki, tudzież kolejne 15 rolek papieru toaletowego…. sklepów obuwniczych, niestety, na liście niezbędnych przybytków, nie uwzględniono….ale czy to nas, drogie panie, zwalnia od dbania o etetykę, funcjonalność i, nie bójmy się tego powiedzieć, elegancję naszego obuwia? …. otóż nie i jeszcze raz nie, i dlatego, to właśnie buty, a dokładniej buty płaskopodeszwowe, będą  tematem naszego dzisiejszego wykładu z cyklu „elegancka kobieta w czasach zarazy”…. 

wiadomo, że kobieta zmienną jest i, niczym kameleon, potrafi zmienić swoj image, w zależności od otaczających ją okoliczności przyrody … tym razem są to, tak zwane, pielesze domowe…. możemy, drogie panie, odrzucić te garsonki, te białe koszule, te spódnice czarne i, co najważniejsze, te szpilki czerwone, które z westchnieniem ulgi zrzucamy ze stóp wieczorem…  wstając z z łóżka, narzucając na siebie podomkę w wyblakłych (czyt. spranych…) pastelowych kolorach, pasującą nam do zawiniętych na włosach papilotów, nasze stopy wsuwamy w cieplutkie papucie, w takie, na ten przykład, stonowane elegancko, tęczowe alpaki … (bo, nie zapominajmy drogie panie, że motywy zwierzęce są wciąż modne w tym sezonie…)….

natomiast, jeśli spodziewamy się przystojnego listonosza, wypielegnowane stópki wsuwamy w takie oto, seksowne króliczki (nie zapominając, oczywiście, o zdjęciu papilotów i zamianie pastelowej podomki, na zwiewny peniuar….)…

ale wiadomo, że może nadejść ten dzień, kiedy nasze zapasy papieru toaletowego się skończą (organizm ludzki, w swych działaniach, bywa nieugięty, więc lepiej nie ryzykować…), a nasze stopy już przyzwyczaiły się do tego płaskopodeszwowego, mięcutkiego (lecz ciągle eleganckiego) obuwia  … co wtedy, pytacie? … nic prostszego, moje drogie…. wciągamy leginsy, zamiast podomki bluza z polaru najlepiej w panterkę (czy to nigdy z mody nie wyjdzie? – dop. autora), a na nogi….. wspaniałe, nie uwierające, miękko otulające nasze stopy emu liski (pamiętamy o motywach zwierzęcych…)

podsumowując… drogie panie, dajmy sobie trochę luzu w tym trudnym czasie i pamiętajmy, że….. prawie nikt nas w tym obuwiu nie zobaczy, poza naszymi facetami (którzy i tak już niejedno widzieli) i, ewentualnie, panem sąsiadem żulem w sklepie, ale on i tak niczego nie skojarzy…. a kiedy to wszystko minie, to ….. lepiej, panowie, pilnujcie swoich kart kredytowych, bo kolejnej pary szpilek nigdy za dużo…. 😀

to i owo rocznicowo….

dziś mija dziewięć lat, od kiedy Frytka zamieściła pierwszy wpis…. niby nic, ale że nieopatrznie obiecała Frytka Celtowi notkę, no to pomimo całej panującej teraz niewesołej sytuacji, postanowiła słowa dotrzymać…. temat rocznicowy, więc włala….

otóż pewien mały fajny człowiek skończył kilka dni temu sześc miesięcy ….

z drugim fajnym (chociaż nie tak młodym) człowiekiem, Frytka obchodziła wczoraj pierwszą rocznicę …. na bogato zresztą ….

a co do rocznicy bloga…. zdjęcia adekwatnego Frytka nie ma, ale ponieważ na urodziny daje się kwiaty (chociaż Frytka woli jednak czekoladki, pomimo protestów jej dżinsów…) to pochwali się Frytka swoim ogródkiem (trud Frytki włożony w jego powstawanie wszyscy mogli (d)ocenić…)…. niestety tylko w wersji mini (ze względu na niezbyt mile widziane przemieszczanie się ….), którąż to wersję przygotował ów mężczyzna (jego pomysłowość w tym temacie wciąż Frytkę zadziwia…), coby Frytka mogła z bliska podziwiać swe dzieło … ma tylko Frytka nadzieję, że sytuacja ulegnie zmianie, zanim zakwitną tulipany…. 🙂

a tak w ogóle, to bardzo wszystkim Wam dziękuję, że przez tyle lat tu ze mną byliście, bo bez Was nie miałoby to żadnego sensu…. i przepraszam, że ostatnio nie bywam ani tu, ani u Was…. poprawię się, chyba, a przynajmniej się postaram … 🙂

IMG_20200326_143510

to nie tak, jak myślisz kotku….. :D

w weekend nawiedzili Frytkę goście…. po raz pierwszy, z oficjalną wizytą, przybył Najmłodszy w asyście swoich rodziców… rozmowy, śmiechy, płacze – jednym słowem niezłe zamieszanie… w pewnym momencie, przy względnej ciszy, usłyszała Frytka dziwny odgłos, jakby wibracje czy buczenie…. zaczęła nasłuchiwać… trop zaprowadził ją do torby Młodej więc rzekła: Młoda, to z Twojej torby słychać… „niemożliwe” – odpowiedziała tamta…. no jak niemożliwe, jak słyszę – upierała się przy swoim Frytka…. „no mówię ci, że nie….” – w zaparte szła Młoda…. no sama posłuchaj – Frytka nie dawała za wygraną…. Młoda w końcu, zapewne dla świętego spokoju, wzięła torbę i ….. „ty, faktycznie…..” – jej zdziwienie było autentyczne – po czym otworzyła torbę, a tam nie tylko wibracje, ale nawet efekty świetlne….. sięgnęła w głąb i wyciągnęła….

nawet nie pytam – skomentowała Frytka…. MAMO!! – z oburzeniem rzuciła Młoda – to przecież jest…….
no właśnie, co to jest?….. 😀