Przeskocz do treści

„dobry” wybór…

Na pewno mieliście w życiu takie przypadki, że musieliście dokonać szybkiego wyboru, jak najlepszego dla siebie w danej sytuacji…

na przykład, w markecie, jedziecie z pełnym wózkiem i już z daleka patrzycie, do której kasy stanąć … i szybko oceniacie, gdzie pójdzie najszybciej, znajdujecie taką, przyspieszacie, slalomem wymijacie kilku innych kupujących, docieracie na miejsce, wyciągacie na taśmę wszystkie zakupy i … już za chwilę okazuje się, że właśnie przy tej kasie znajdzie się klient, który albo właśnie wnosi reklamację i potrzebne jest wezwanie samego kierownika zmiany, co by zatwierdził swoją magiczną kartą zwrot towaru, albo pół towarów innego klienta nie ma kodu kreskowego i uczynna kasjerka biega po sklepie w poszukiwaniu tychże, a wy stoicie wkurw…. wkurzeni i z głupią miną patrzycie, jak klienci, których tak radośnie wyminęliście w wyścigu, właśnie wychodzą zadowoleni ze sklepu….

albo na stacji benzynowej, podjeżdżacie i widzicie: przy jednym dystrybutorze stoi klient i właśnie tankuje, a przy drugim stoi puste auto, znaczy się, domniemanie jest, że kierowca już wnosi w kasie opłatę, więc, oczywiście, ustawiacie się za pustym autem… i co?… ano, jakżeby inaczej, okazuje się, że tenże kierowca, po pierwsze, czeka, aż mu pani z obsługi przygotuje hot-dogi dla sześcioosobowej rodziny, po drugie, kiedy już dotrze do auta, to stwierdza, że szyby ma brudne, w związku z czym, nie spiesząc się (nie ważne, że hot-dogi stygną), bierze się za ich mycie… a wy? no cóż, stoicie i bezradnie czekacie na swoją kolej, gdyż i ponieważ, za wami ustawiła się już kolejeczka, skutecznie blokując wam jakikolwiek manewr autem… a przy pierwszym dystrybutorze, kierowca już dawno zatankował i zdążył odjechać, i już kolejny leje paliwo ….

no to wczoraj Frytka też stanęła przed trudnym wyborem… jako, że ostatnio żyje na dwa domy, to co kilka dni wędruje ze swoim FBI-ajem i z torbami, z miejsca na miejsce… tu musi Frytka nadmienić, że FBI to taka złota rączka, i czasami łapie jakieś fuchy, i tak się też stało w ten weekend, w związku z czym, wiózł tym razem ze sobą tzw. robocze ciuchy… no i wczoraj właśnie, nadejszła ta chwila, że trzeba było wziąć torby i wynieść do samochodu… toreb było trzy, a Frytka otrzymała prawo wyboru jednej z nich do niesienia… prościzna – pomyślała Frytka, gdyż, he he he, dwie z nich sama zapakowała i wiedziała, że trochę ważą, a w trzeciej, niepozornej reklamóweczce z biedry, były rzeczone ciuchy FBI-aja … wybór był oczywisty… chwyciła więc Frytka uszy reklamówki i… co jest?! – zdziwiła się mocno, bowiem reklamówka jakby prawie wcale nie drgnęła… co jest w tej torbie? – zapytała FBI-aja… młotek, przecinak i małe kowadełko – odparł tenże bez mrugnięcia okiem i szybko ewakuował się z pozostałymi torbami na z góry upatrzone pozycje…

serio??!!….

rozmiar ma znaczenie….

na fejsiku znajomy poruszył dziś temat podatku od „małpek”… że rząd (***** ***), chcąc uchronić obywateli swych od picia przed śniadaniem, podniósł cenę wysokoprocentowych alkoholi o objętości mniejszej niż 300 ml … o święta naiwności… przecież nie z tym narodem takie rzeczy … bo naród, i owszem, małpki przestał kupować, ale za to przerzucił się na półlitrówki bo, skoro miał do wyboru 200 ml za 16 zł i 500 ml za 20 zł, to oczywistym jest dla narodu (ale nie dla ministra…), że wybierze to drugie… i tu jedna z komentujących wyraziła obawę, że trzeba będzie większe torebki kupić, bo te małpki, to jednak głownie konsumentki kupowały…

i się Frytce historyja taka, z nią samą, i alkoholem przypomniała… były onegdaj takie czasy, że wieczory weekendowe Frytka z królem spędzała… Chrobry mu na imię było… no i ten Chrobry w szkle zacnym o pojemności 500 ml (które to idealnie w torebce Frytkowej się mieściło), przez Frytkę nabywany do towarzystwa był …. i któregoś kolejnego piątkowego popołudnia wybrała się Frytka do sklepu z okowitami, żeby tradycyjnie króla Chrobrego nabyć… podeszła do półki z trunkami wyskokowymi, butelkę znaną w dłoń ujęła, w kasie opłatę stosowną uiściła i jęła króla do torebki chować… hmm, jakkolwiek by go nie ułożyła, to tym razem król zawsze którąś częścią z torebki wystawał, jak nie szyjką, to denkiem… ki diabeł? – pomyślała Frytka – zawsze się mieścił, a teraz nie…. jako, że król nijak upchać się nie chciał, a i zgiąć w pół nie dawał, wyjęła go Frytka i w świetle ulicznej latarni obejrzała go jeszcze raz, tym razem dokładniej… i co się okazało?… ano tylko tyle, że król z nazwy wciąż ten sam, tylko pojemność jakby o 200 ml większa….

no to, moi drodzy: chluśniem, bo uśniem…. w końcu to poniedziałek …

zmiana kodu, 5-tka z przodu…

mówią, że życie jest piękniejsze po 50-tce, a jeśli nie, trzeba sobie nalać drugą… 😀

ekspressowy prezent ….

pamiętacie cykl o randkach z osobnikami z portalu antypatia.pl? … no to jeszcze jedna historyjka, o jednym takim, co to Frytka o nim zapomniała, ale który skutecznie jej o sobie w ostatnich dniach przypomniał…

a było to tak…. Frytka, jak na osobę urodzoną w czasach zamierzchłych, wciąż ma jeszcze taki jeden, dawno temu niezmiernie popularny, komunikator… i na tymże komunikatorze odezwał się kilka dni temu do niej niejaki Artur… ni chu… ni cholery nie kojarzyła Frytka kto zacz, więc bez zbędnych ceregieli zapytała: ktoś ty? … no i okazało się, że to jeden z tych, co to z którymi randki Frytce nie wyszły… jak bardzo ta nie wyszła, niech świadczy fakt, że nawet jego imienia Frytka zapomniała… ale od słowa do słowa i pamięć we Frytce odżyła… słuchajcie, czy naprawdę większość facetów jest taka, nie bójmy się użyć tego słowa, durna?…. pytacie dlaczego Frytka tak sądzi?…. bo ten właśnie, kiedy przyjechał na randkę do Frytki, przywiózł jej w prezencie…. TADAM!!!! … zepsuty ekspres do kawy…. tak, tak, dobrze zrozumieliście, zepsuty …. i on, ten osobnik, teraz się Frytki pyta: a jak ten ekspres ode mnie?…. dacie wiarę??!!… nie o zdrowie Frytki, nie o życie, nie o sytuację tylko, kuźwa, o zepsuty ekspres, który przywiózł kilka lat temu, pyta… nosz tak to Frytką wstrząsnęło, że tym razem, zablokowała gościa na amen….

z górki?

nieświadoma zbliżającego się nieuchronnie nieuchronnego Frytka otworzyła jedno oko, potem drugie oko, przeciągnęła się niespiesznie, i, drapiąc się po głowie (bo jest kobietą…), wstała z łóżka … i wszystko byłoby jak zawsze, gdyby nie migająca na telefonie dioda informująca o czekającej wiadomości…. niczego nie podejrzewająca Frytka otworzyła z pozoru niewinną wiadomość o treści: masz teraz chwilę? i niebacznie odpisała: tak… w kilka sekund otworzyło się okienko do rozmowy wideo, na ekranie pokazała się twarz Antoniego (nie, nie, nie tego, co to właśnie zaraz ma opublikować raport, który to raport już od roku spoczywa w tajnym sejfie, w tajnym miejscu…), a zaskoczona Frytka usłyszała: „aaaaooooeeeuuuuuaaaaa”, co w wolnym tłumaczeniu znaczyło ni mniej, ni więcej, tylko:


wszystkiego najlepszego babciu z okazji twojego święta….

dacie wiarę??!! pierwszy dzień babci w karierze Frytki …. jak do tego doszło??….

a jakby tego było mało, za kilka dni 50-te urodziny….. przypadek? 😀

karma wraca, czyli nie wszystko jest takie, jak się wydaje…

pamiętacie historię ciastek sprzed kilku postów?… otóż, ma ona swój ciąg dalszy… po tym, jak wkurw…wkurzona Frytka musiała obejść się smakiem, znielubione ciastka oddała swojemu mężczyźnie (popularnie zwanemu FBI…) no i ten FBI stwierdził, że On właściwie też specjalnie nie przepada, ale niech zostaną, bo jak przyjedzie Jego córka, to zje… no i tak leżały te ciastka u Niego i, ta córka nie przyjechała, i najwyraźniej, pewnego dnia, naszła Go na nie ochota, bo zadzwonił do Frytki i rzecze: ja tam nie wiem, Kotuś, może ja się nie znam, ale…. ja w tych ciastkach żadnych kokosów nie czuję…. jak nie czujesz, jak ja czułam – oburzenie Frytki nie mogło pozostać niezauważone – no oczywiście, że się nie znasz… wobec takiej konkluzji, FBI zakończył temat ciastek w rozmowie, a przeszedł do czynów, to znaczy zabrał rzeczone ciastka i przywiózł do Frytki… zrobił kawę, postawił ciasta na stole i czeka… dobrze, sam tego chciałeś – pomyślała Frytka – zaraz Ci udowodnię… i, z pobłażliwym uśmieszkiem (sugerującym jakżesz ci mężczyźni są niemądrzy…), pewna swego Frytka, odgryzła maleńki kawałeczek ciastka i… hmm, zanim cokolwiek powiedziała, ugryzła większy i ….. nosz kuźwa, faktycznie nie było to ciastko kokosowe…. takimi nie było też pięć pozostałych ciastek… dacie wiarę????…. tylko to cholerne jedno pierwsze, które wtedy zjadła Frytka, jakoś najwyraźniej zaplątane przez przypadek ciastko, było kokosowe….

ehhhh, miałaś rację Jotko, ten anioł dietetyczny robi naprawdę dobrą robotę….    

deżawi, czyli bociany przylatują wiosną…..

– siedzisz? – zapytała Frytkę Młoda… 

– siedzę – odpowiedziała z drżeniem serca (i przeczuciem, co się zaraz stanie…) Frytka 

i stało się, w okienku wiadomości pojawiło się to…. 

znaczy się, Antek będzie miał rodzeństwo (termin na 1 kwietnia, takie żarciki się Młodej trzymają) , a Frytka po raz drugi zostanie Tą, Której Imienia ….. a w sumie, chyba czas już to powiedzieć…. zostanie po raz drugi… babcią… (hmm, nawet tak bardzo nie bolało 😀 )

 

facet w czerni….

wchodzi Frytka rano do biura, a tu dioda alarmu mruga…. mruga to mruga – pomyślała Frytka – i rozkodowała go jak zwykle, po czym, też jak zwykle, zaczęła sobie mościć gniazdko do codziennej pracy… rozłożyła zabawki, wodę na kawkę wstawiła, ogólnie luz i spokój…. aż tu nagle, drzwi się otwierają z impetem i wpada wielki facet, w czarnym ubraniu, w kominiarce na twarzy i staje, oko w oko, z zamaskowaną Frytką… więc wyciąga broń i krzyczy: ręce do góry i na podłogę, twarzą do dołu!!… no, ale proszę pana, jak jednocześnie mam podnieść ręce i położyć się na podłodze, przecież zaraz sobie brodę albo i co inne obiję – próbowała oponować Frytka (a w myślach już widziała siebie w celi więziennej, w ubranku w paski, w POZIOME paski, a przecież POZIOME paski POGRUBIAJĄ!!…)…. cisza, na podłogę!! – krzyknął, nieczuły na błagalne spojrzenia Frytki, nieświadomy przerażających wizji lęgnących się w jej głowie, ochroniarz…. proszę pana, ja tu pracuję – już z poziomu podłogi informuje Frytka – pan spojrzy, biała bluzka, wąska spódnica, buty na szpilce, pan myśli, że to dobry strój na włam? … ja wiem, ta maska mogła pana zmylić, no ale czy to moja wina, że każą nosić?….  coś w głosie Frytki musiało dać do myślenia wielkiemu facetowi w czerni, bo najpierw przyjrzał się rozciągniętej, w całej swej okazałości, na podłodze Frytce, a później opuścił broń, zrobił krok w tył, schował broń, zrobił krok w przód i pomógł się Frytce podnieść…. czyli włamania nie było? – zapytał, chcąc się jeszcze upewnić…. no gdzieżby włamanie, przecież ja kawę właśnie robię, może się pan napije? – odpowiedziała Frytka,  zastanawiając się jednak, czy kawa to dobra opcja, biorąc pod uwagę fakt, że facet już był wystarczający pobudzony….  nie, dziękuję – powiedział facet w czerni do Frytki, a do mikrofalówki, eee.. znaczy się, do krótkofalówki rzucił: fałszywy alarm, odwołać wsparcie, po czym popatrzył jeszcze raz na Frytkę, w te jej wielkie oczęta (pewnie pomyślał: czy te oczy mogą kłamać?…) i tylko dodał: to ja już pójdę… do widzenia…. 

a tak naprawdę, to wszystko było tak: lampka alarmu, szefowa mówi: zaraz przyjadą, po dziesięciu minutach wchodzi (spokojnie) wielki facet w czerni (to akurat prawda) i mówi: alarm nam się włączył… no tak – mówi Frytka – jak weszłyśmy z szefową, to już lampka migała, chociaż wszystko było pozamykane… aha – powiedział ów i zanotował coś w maleńkim (w stosunku do jego postury) notesiku – czyli wszystko ok?… ok – odrzekła Frytka… to do widzenia… i tyle go Frytka widziała….

giełda pracy, czyli kto da więcej?…

w poprzednim wpisie była zajawka o nowej pracy… nowy to tylko pracodawca, bo dziedzina wciąż ta sama – notariat…  a było to tak… dawno dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, żyła sobie Frytka…. zaraz, zaraz, to nie ta bajka…. od nowa więc… kiedy trzy lata temu zaczynała Frytka pracę w kolejnej kancelarii myślała, że teraz to już będzie dobrze…. a potem przez pierwszy tydzień, dzień w dzień, po pracy, płakała… ale, że żyć trzeba, a żeby żyć, to trzeba jeść, a żeby jeść to trzeba mieć na jedzenie, a żeby mieć na jedzenie, to …. tak, tak, drogie dzieci, trzeba pracować… i pracowała Frytka, zaciskając zęby (a czasami pracowała nie zaciskając zębów i wtedy bywało różnie…)… tak czy inaczej, przez cały ten czas szukała innej posady… i jakieś trzy miesiące temu dowiedziała się, że kolejna notariuszka szuka pracownika…. co prawda poza obecnym miejscem zamieszkania Frytki, ale, za to, w miejscu zamieszkania obecnego jej faceta… jakimś szóstym zmysłem (a już dawno temu jeden taki stwierdził, że Frytka wiedźmą jest… co prawda słodką, ale jednak wiedźmą…) wyczuła Frytka, że to może być właśnie to…. nie namyślając się długo wykonała telefon i umówiła się na rozmowę… potencjalna przyszła pracodawczyni była zachwycona Frytką… i to zarówno jej doświadczeniem, jak i nią samą, w związku z czym, od razu, zaproponowała jej posadę…. ale, jak to w życiu bywa, zawsze jest jakieś „ale”… tym razem nie było inaczej… bo: obowiązki super (mniej niż w poprzedniej kancelarii), atmosfera super, godziny pracy super (i zero zostawania po godzinach, bez znaczenia, planowanego czy nie…) i tylko jeden szkopuł…. zatrudnienie na pół etatu, na najniższą krajową, a reszta do ręki….  taki zgrzyt… kusiła Frytkę ta propozycja, i nawet zastanawiała się nad nią kilka dni, pytając wszystkich wkoło, co by zrobili na jej miejscu, ale finalnie odmówiła… jednakże cała ta sytuacja sprawiła, że Frytka zaczęła myśleć o sobie, jak o fachowcu, których na lokalnym rynku nie ma… i stwierdziła, że skoro jest taka dobra, to dlaczego ma być niedoceniana?… i, na fali będąc, udała się do swojego pracodawcy i poprosiła o podwyżkę…. i dostała, chociaż nie odbyło się to całkiem bez oporów…. i już, w sumie, pogodziła się Frytka z faktem, że zostanie w tej pracy na dłużej, ale wtedy odezwała się znów nowa notariuszka… i zaproponowała takie same warunki zatrudnienia, jak obecny pracodawca…. tyle tylko, że te warunki się już zmieniły… i znów powstał mały zgryz…. ale, koniec końców, doszły wreszcie do porozumienia i nawet trochę lepsze te warunki Frytka dostała…. a tak naprawdę, to najbardziej cieszy się Frytka z tego, że wreszcie bez zbędnych nerwów idzie do pracy, i zaplanować dzień może, i w normalnej atmosferze pracować… i jest kierownikiem sekretariatu… i nie ważne, że w tym sekretariacie sama siedzi …. 😀 

a tu w drodze do pracy

oszukać przeznaczenie….

że Frytka na diecie jest, to już gdzieś było wspomniane (- 11 kg 😀 ), ale że nie samą dietą człowiek żyje (a Frytka tym bardziej…), to w drodze do pracy (o pracy będzie w następnym wpisie, ale nie wie Frytka kiedy…) postanowiła Frytka zakupić sobie coś słodkiego do kawki… na swoją obronę (poza łakomstwem…) ma Frytka to, że cukiernia znajduje się drzwi w drzwi, okna w okna z nową pracą… (o czym, jak już Frytka wspomniała, będzie niedługo…) …. więc (tak, tak, początek zdania i w ogóle…) zboczyła Frytka lekko z wytyczonej trasy i weszła do owego przybytku…. już od samego unoszącego się w środku zapachu uruchomiły się we Frytce wszystkie ślinianki i tylko obowiązkowa maseczka uchroniła Frytkę przed ujawnieniem kompromitującego wyglądu… ogrom towaru do wyboru sprawił, że Frytce na moment odebrało mowę…. patrzyła roziskrzonym wzrokiem to na pączki, to na serniki, to na jagodzianki, to na strucle zawijane z dobrem wszelakim, i nie mogła się zdecydować, czy iść w hurt czy w detal…. w końcu jej wzrok spoczął na niepozornych kruchych ciasteczkach na wagę… we wspomnieniach wrócił do Frytki ich znany, maślany smak…. ciasteczka były w dwóch wersjach, z kleksem marmolady i, że tak Frytka powie, sote… desperacko usiłując zachować resztki pozorów diety, wybrała Frytka te drugie…. uśmiechnięta, zadowolona, lekkim krokiem podążyła do biura, wyobrażając sobie tę cudowną chwilę, kiedy znów poczuje znajomy smak…. szybko zaparzyła kawę, usiadła wygodnie i wgryzła się w pierwsze ciasteczko…..

i….

kuźwa mać, kokosowe!!! ….  

jeśli ktoś ma wątpliwości to tak, akurat takich Frytka nie lubi…