Skip to content

barista….

– Młody, jak to jest, że jak Ty mi robisz kawę, to smakuje lepiej, niż jak ja sama sobie robię? – ta myśl dręczyła Frytkę już od dawna…

– sekret polega w wymieszaniu – spokojnie odparł Młody….

– że co??… przecież mieszam… – odparła zdziwiona Frytka mając na uwadze to, że do wymieszania jest tylko kawa, woda i mleko….

– kobietooo… – Młody oderwał się od komputera i głosem spokojnym, aczkolwiek dobitnym, wyjaśnił – wlewasz mleko i zaczynasz mieszać, ale nie byle jak, nie jak popadnie, nie tłuczesz łyżeczką, jak strażak na alarm…. musisz zakręcić, zrobić wir…. i nie w lewą stronę, w prawą… chwilę pomieszaj i gotowe….

następnego dnia rano, mając w pamięci wszystkie nauki Młodego, przystąpiła Frytka do sporządzania cudownego napoju… wsypała co trzeba, nalała co trzeba i ….. po chwili w kubku pozostało, mniej więcej, pół zawartości, reszta znajdowała się w malowniczych plamach, na blacie kuchennym… wir, kuźwa…

nie płacz, kiedy odjadę…..

„czy to ogłoszenie o sprzedaży samochodu jest aktualne?” – usłyszała Frytka odbierając połączenie…. „tak, umieściłam je dopiero pół godziny temu…”… „a kiedy możemy przyjechać obejrzeć?”… „noooo, kiedy państwo chcecie…” – lekkie zdziwienie jednak we Frytce zakwitło….  „no to będziemy za pół godziny, jaki adres?” – w głosie kobiety (bo to zła kobieta była…..) słychać było niemałe podniecenie….

wychodząc z klatki zauważyła Frytka dwie osoby biegające, w radosnym tańcu, wokól Narowistego… już z daleka dobiegały ją okrzyki zachwytu nad jego, niewątpliwą przecież, urodą… „zobacz jaki fajny, mówiłem Ci…. i jaki zadbany…” – głos mężczyzny brzmiał pewnością… „tak, miałeś rację…” – potaknęła, z uśmiechem na ustach, kobieta… (inwestycja w mycie szczotką na myjce się opłaciła….) …”dzień dobry…” – Frytka podeszła do pary… „no dzień dobry, my już sobie oglądamy, jest naprawdę fajny…” – trwali w nieustannym zachwycie…. oooookeeeeejjjjj – pomyślała Frytka, a na głos powiedziała: „no to przejdźmy do prezentacji…. jak państwo widzicie, na drzwiach widać ślady r….” …. „proszę pani, on ma swoje lata, to musi być coś widać, tak?” – przerwał jej mężczyzna… oooookeeeeejjjjjj – pomyślała po raz drugi Frytka, jednocześnie rozglądając się gdzie jest ukryta kamera, ale poza osiedlowym monitoringiem w postaci pani Kazi z pierwszego piętra, niczego nie zauważyła….. „centralny zamek nie do końca działa, to znaczy, zależy z której strony się otwiera drzwi, to…..”… „spoko, się do Wojtka podjedzie, Wojtek zrobi….” – znów przerwał jej mężczyzna…. …. oooookeeeeejjjjj – pomyślała Frytka po raz trzeci, jednocześnie patrząc zza którego krzaka wyskoczy, dajmy na to Chajzer (wszystko jedno który…) i zastanawiając się, kto tu komu to auto sprzedaje… „no to co? – starała się nie tracić pozycji sprzedajacego – to może chcecie się państwo przejechać?….”…  „ja jako pasażer…” – szybko rzucił mężczyzna…. „a ja się boję…” – dorzuciła kobieta…. w tym momencie zrozumiała Frytka, że „negocjacje” sprzedażowe dobiegły końca… no Frytka rozumie, że Narowisty ze swoją sławą auta kultowego, robi wrażenie, ale żeby aż tak?…

i w ten oto sposób, po ośmiu latach wspólnych przygód, Narowisty, żegnany czułym i zatroskanym spojrzeniem Frytki, odjechał ….

i wiecie co?… już go Frytce brakuje….

oferta miesiąca ….

odbiera Frytka telefon i słyszy radosne: „dzień dobry!, nazywam się Marceli Szpak (albo inaczej…. na pewno inaczej…) i dzwonię w imieniu przedstawiciela telefonii komórkowej „Brawo TY!”, czy rozmawiam z panią Frytką?”…. w tym momencie Frytka pomyślała: oho, będzie wesoło, a że humor miała już w tym dniu lekko nadszarpnięty, to na głos powiedziała: oczywiście, słucham… no i się zaczęło… usłyszała Frytka jaką to cudowną klientką jest, że cała firma na czele z zarządem jest dumna, że może świadczyć dla niej usługi, ale że właśnie kończy jej się obecna umowa,  więc z tej to okazji i z tego to powodu firma przygotowała jedyną, niepowtarzalną, całkowicie spersonalizowaną, popartą szeregiem badań i konsultacji, ofertę… „otóż….(tu Marceli dramatycznie zawiesił głos…) oferujemy pani super abonament, z darmowymi minutami, sms-ami, mms-ami, karnetem do pralni miejskiej oraz miejscem parkingowym tuż obok tylnego wejścia do biedronki wraz z superhiperwypasionym, najmądrzejszym z mądrych, smartfonem z tryliardem giga internetu, w atrakcyjnej, jak pani sama, cenie czyli….. 119,99 zł miesięcznie…. tadam!!!”… nie jest Frytka pewna, ale wydaje się jej, że tam jeszcze nastąpił przytup… nie zważając na to, zaczerpnęła głęboko powietrza (a pojemnosć płuc ma dużą …) i grzecznie, aczkolwiek głosem dobitnym, powiedziała: w tej chwili mam abonament w cenie 59,99 zł miesięcznie, z telefonem i pierdyliardem innych dodatków, a pan do mnie dzwoni i oferuje mi abonamet w podwójnie kwocie?… i czego pan oczekuje? … oklasków i konfetti?… „to może – Marceli wcale się nie zraził przemową Frytki (wiadomo, oni tam przechodzą szkolenie lepsze, niż kandydaci na Navy SEALs w marynarce Stanów Zjednoczonych i Mosadzie razem wziętych…) – zaproponuję pani abonament z takim samym karnetem do pralni oraz kuponami do baru mlecznego wraz z równie mądrym smartfonem w jakże korzystnej cenie ….. 89,99 zł miesięcznie…..”…. tadam i przytupu już Frytka nie słyszała, bo wcisnęła czerwoną słuchawkę na swoim niegłupim srajfonie i pomyślała: „Brawo Ja” ….

Frytka w stolicy, czyli „Warszawa da się lubić, tutaj szczęście można znaleźć, tutaj…. bilet można zgubić”…

odbyła Frytka podróż do stolicy a że, w takich przypadkach, Frytka i nuda nie idą w parze, więc i tym razem nie obyło się bez przygód… Frytka z żadnymi nawigacjami jeździć nie lubi, bo nie będzie jej jakaś inna kobieta mówić, jak Frytka ma żyć, a już na pewno, jak ma jeździć w związku z czym, jazda odbywa się na pamięć… znaczy się, wyznacza sobie Frytka trasę, korzystając z dostępnych narzędzi internetowych, drukuje sobie wskazówki i … stara się zapamiętać… no i w zasadzie jest ok, nie ma o czym mówić… no może tylko o tym, że jak jest napisane „na rondzie pierwszym zjazdem w Al. Krakowską” to należy najpierw wjechać na rondo, a nie zjeżdżać przed rondem, bo zamiast na Starej Ochocie, to wylądujecie na Nowym Mokotowie (czy jakoś tak…) … to tyle w ramach małych podpowiedzi… a teraz do tematu…

cel podróży szpital na Banacha… żeby on był położony w jakiejś spokojnej okolicy, wśród zieleni, to nie, przy ruchliwej ulicy, z pięcioma pasami, dziwnymi zjazdami, zakazami zawracania i … tramwajami…. i w tym wszystkim Frytka z prowincji… pięć kółek w te i z powrotem zrobiła Frytka, szukając wjazdu na parking, zanim zorientowała się, że te szlabany, co to blokują wjazd i nie ma przy nich żadnej budki strażniczej, to otwierają się po naciśnięciu guziczka i pobraniu bileciku…. ok, pobrała Frytka rzeczony bilecik, pojeździła „parę” chwil, zanim znalazła wolne miejsce i na tym emocje mogłyby się zakończyć… ale oczywiście nie w przypadku Frytki… po załatwieniu stosownych spraw, można było opuścić zarówno szpital, jak i parking… aby to zrobić, należało oczywiście, opłacić bilecik, coby mógł on otworzyć kolejny szlaban, tym razem wyjazdowy…. spoko, skoro w swoi mieście radzi sobie Frytka z parkomatami, w które za każdym razem trzeba wklepywać numer rejestracyjny auta, to i z takim automatem do opłat sobie Frytka poradzi… ale tu wystąpił jednak pewien problem… otóż… bilecik wcięło… przetrząsnęła Frytka torebkę wszerz i wzdłuż… no nie ma… i co teraz? … bez bileciku nie ma opłaty, bez opłaty nie ma wyjazdu… jako, że Frytka się nie poddaje, to i w takiej sytuacji musiała znaleźć rozwiązanie… rozpoczęła intensywny proces myślowy i już po chwili, poczuła się jak taka, wiecie, damska wersja pomysłowego Dobromira (chociaż w tym wypadku to bardziej zaczarowany ołówek by się przydał…)… otóż wykombinowała sobie Frytka, że pójdzie wziąć drugi bilecik… no sami powiedzcie, czy to nie było wprost genialne w swej prostocie?… pogalopowała Frytka rączo do biletomatu, wcisnęła guziczek i… radość z pomysłu prysła jak bańka mydlana… bo automacik pomyślał, pokombinował, i zamiast bileciku wypluł komunikat: „bez samochodu biletu nie wydam”…  na takie dictum nie pozostało Frytce nic innego, jak pójść do budki strażniczej, która stała przy wyjeździe, i zapytać, co w takiej sytuacji należy zrobić… w budce siedział Pan Strażnik, w wieku odpowiednim dla strażnika, i konsumował swój branch, lancz czy też, po prostu, swoją bułkę z kiełbasą… „dzień dobry” – zagaiła grzecznie Frytka- „smacznego” – dodała i na koniec, smutnym głosem, popartym takimże wzrokiem, wyjaśniła „zgubiłam bilecik”… na co Pan Strażnik odrzekł: „osmdgfzmdziesiąt”- jako, że miał tę swoją bułkę w ustach… „słucham?”- postanowiła dopytać Frytka… Pan Strażnik westchnął, przełknął i powtórzył „osiemdziesiąt”….  „osiemdziesiąt?…” – chciała się upewnić Frytka, bo suma ją lekko zszokowała…  Pan Strażnik tylko pokiwał głową i wskazał na cennik a tam, jak byk, czarno na żółtym stało: opłata za zagubiony bilet – 80 zł…  „kartą pewnie u pana nie zapłacę?…” – z rezygnacją zapytała Frytka… „nie, ale tam jest bankomat” – uczynnie wskazał Pan Strażnik… więc powlokła się Frytka do tego bankomatu, wypłaciła (z bólem serca) pieniążki i wraca… i podaje Panu Strażnikowi kwotę o ON…. wiecie co robi Pan Strażnik?… otóż On mówi: „niech pani sobie ten bilet opłaci” i podaje Frytce piękny, nowiutki bilecik parkingowy… nie czekała Frytka aż się Pan Strażnik rozmyśli, nie wnikała, co Go skłoniło do tej decyzji, tylko czym prędzej wzięła bilecik, pobiegła do automatu, dokonała opłaty w kwocie 8zł (!) i wreszcie mogła opuścić „gościnne” progi szpitala…

a na koniec z cyklu „porady drogowe”…. jeśli na drodze, którą jedziecie, stoi facet w pomarańczowej kamizelce i macha lizakiem, w miarę jak się zbliżacie, macha coraz bardziej nerwowo, dołączając do tego gestykulację drugą ręką, a potem z przerażeniem w oczach uskakuje spod kół waszego samochodu, to wiedzcie, że należy zjechać na drugi pas, bo na waszym są roboty drogowe… no, to tyle, miłej podróży…

matka….

tak niby z okazji dnia matki, ale trochę też w kontekście wyjazdu Młodego…

 

 

szkoła (prze)życia….

wywołana przez Hegemona , że niby ma pisać częściej, bierze się Frytka do roboty….

Młody… tak, wie Frytka, ulubiony temat niejednego czytelnika tego bloga… otóż Młody wyjeżdża do Niemiec, ze szkoły, na praktyki zawodowe… no wielkie mecyje rzekłby ktoś…. dobra, dobra, ale pamiętacie co się działo jak Młody wyjeżdżał na trzy dni do Katowic?… nie?…  to proszę serce matki  … no, to teraz wyobraźcie sobie, co się dzieje, skoro wyjeżdża za granicę i to NA MIESIĄC!…. wiadomość o wyjeździe przyjęła Frytka nawet spokojnie….ale to było ponad pół roku temu!!!… Frytka jechała wtedy na prochach… nocą, w trakcie lunatykowania, wyjadała czekoladę i w ogóle świat wydawał się zajefajny… ale teraz, gdy do wyjazdu został tydzień, prochy się skończyły a Frytka ma za sobą spotkanie organizacyjne w szkole, dopiero się zaczęło… jak On sobie poradzi? … syneczek malutki (i nie ważne, że ma prawie 1,80 m wzrostu i osiemnaście lat skończone, że się goli, chodzi z chłopakami na piwo i spotyka się z dziewczynami, to są nic nie znaczące fakty i nie ma się co na nie powoływać…)… no dobrze, posiłki dostaną (tylko muszą opanować poruszanie się po stołówce, w sensie wchodzić drzwiami z napisem „wejście”, a wychodzić tymi z napisem „wyjście”, bo podobno są tacy, co mają z tym problem… no się Frytka nie dziwi, skoro napisy są po niemiecku….)…  o porządek w pokoju muszą zadbać sami, pod warunkiem, że poradzą sobie jakoś z obsługą szczotki, szufelki i mopa…. jeśli nie od razu i nie samodzielnie, to podejrzewa Frytka, że są jakiejś tutoriale na necie, pewnie wystarczy tylko wpisać w gugla kluczowe słowa typu „perfekcyjna i mop” (czy coś w podobie…) i wyskoczy cała instrukcja, krok po kroku … dojazd do miejsca praktyk, pociągiem (będą mieszkać w jakiejś wiosce pod Lipskiem…) też jakoś, z pomocą GPS-ów w telefonach, ogarną… jest jednak jedna rzecz, o którą martwi się Frytka najbardziej…. tak się martwi, że gdyby nie braki finansowe, zakupiłaby Młodemu 30 koszulek, 30 par majtek i tyleż samo skarpetek oraz wystarczającą liczbę spodenek, spodni i bluz… już wiecie? … no oczywiście, że chodzi o pranie… bo nie wie Frytka, jak Wasze latorośle (w sensie, że młodzież…), ale Młody (tak samo zresztą jak reszta znanych Frytce młodych ludzi płci obojga…) potrafi, a jakże, obsługiwać najnowsze modele srajfonów, buszować w internetach, przewracać oczami i wzdychać, kiedy matka pyta: „dlaczego, skoro kliknęłam myszką „kopiuj” na jednym komputerze, a potem, jak podpięłam ją do drugiego komputera, to nie działa „wklej”?”, ale jak przychodzi do wstawienia prania, to nagle okazuje się, że obsługa pralki, to już ciemna magia….

 

kariera….

no dobrze, pośmialiśmy się wczoraj, pożartowaliśmy, czas wrócić do poważnych spraw…

Młoda robi karierę, wiecie, taki american dream, takie od pucybuta do milionera, a że to dzieje się w naszym miodem i mlekiem płynącym, szczęśliwości pełnym kraju, to jest to raczej od szeregowego sprzedawcy na śmieciowej umowie do „po co mi to, KUR*@, było?!” czyli do założenia własnej działalności gospodarczej…. „załóż działalność w jeden dzień!” – kuszą hasła reklamowe… he he he – jakby skomentował nieoceniony Piotrek Żyła…  pomińmy ZUS-y, srusy i inne urzędy statystyczne… skupmy się na jednym …. urząd skarbowy, to jest klasa sama w sobie… jako zaczynająca swą drogę w byznesie musiała się Młoda zarejestrować jako czynny płatnik podatku VAT… spoko, wypełniła druczki, złożyła pierdyliard dokumentów i …. czeka…. na wpis… po tygodniu czekania jedzie do urzędu, dowiedzieć się, jak sprawy stoją i czego się dowiaduje?… że nie stoją, ale leżą i będą leżeć, dopóki urząd nie skontroluje, czy ona faktycznie tę działalność prowadzi… czaicie?… a w jaki sposób skontroluje?…. przychodząc pod wskazany w dokumentach adres firmy…. oookeeeeeey – rzekła Młoda i pojechała na wyjazd integracyjny kierowników sklepów dość znanej sieciówki …. a w tym czasie, u drzwi mieszkania stanęło dwóch rosłych karków, w czarnych kapeluszach i prochowcach…. tzn., tak naprawdę to nie wie Frytka, jak wyglądali, bo jej w domu wtedy nie było… nie ważne, stanęli, zadzwonili i, kiedy domowy cerber czyli teściowa, im otworzyła, zażyczyli sobie obejrzeć lokal w którym taka to a taka prowadzi działalność gospodarczą…. teściowa może i jest mikrej postury ale, jak to bywa u takich ras, że im mniejsze, tym bardziej dziamate (vide ratlerki…), tak i u niej, charakterek niczym u pitbula szkolonego do walk psów w jakiejś zatęchłej dziurze w Meksyku…. zaparła się i nijak ich wpuścić do mieszkania nie chciała… panowie poskarżyli się, telefonicznie, Młodej, ta zainterweniowała u babci i dopiero wtedy kontrola mogła się odbyć… a na czym polegała? … na zajrzeniu do pokoju, stwierdzeniu „jest biurko” i zrobieniu zdjęcia temu biurku… nie pytajcie, bo Frytka sama nie wie, jaki to ma sens…. w każdym razie, wyszło jej, że skoro ma się biurko, to jest się wiarygodnym przedsiębiorcą dla urzędu skarbowego…. może to jakiś wyznacznik stanu zamożności?…

a tak jeszcze w temacie kariery… na swoje ogłoszenie o poszukiwaniu pracy dodatkowej, dostała Frytka wczoraj odpowiedź: „zapraszamy na rozmowę do McDonalds, Piotrków ul…..” i tak sobie Frytka myśli, że z powodu poważnych luk w wykształceniu, tzn. braku tytułu magistra prawa, a właściwie braku tytułu jakiegokolwiek magistra, jej kariera może lec w gruzach już na starcie ….