Skip to content

story of my life….

ja wiem, że przyzwyczaiłam Was do innej formy postów na blogu, ale … Wasze komentarze pod poprzednim moim wpisem jakoś tak na mnie zadziałały, że postanowiłam napisać więcej o swoim życiu… i tylko proszę, nie traktujcie tego jako użalanie się nad sobą, bo wiem, że sama sobie takie życie wybrałam… po prostu, chyba muszę napisać, co mi leży na wątrobie… i ostrzegam, krótko ani wesoło nie będzie, więc czytacie na własną odpowiedzialność …

urodziłam się w rodzinie pracowniczej z matki…. eeee, to chyba nie jest dobry wstęp ….

więc jeszcze raz…. urodziłam się i żyłam w rodzinie, której daleko było do ideału, może w skrócie tylko powiem, że z ojcem nie miałam dobrego kontaktu (i to jest eufemizm….), matka robiła to, co jej kazał i rzadko stawała w mojej obronie, więc naturalną rzeczą było, że chciałam się jak najszybciej wynieść z domu…   może dlatego w wieku 18 lat urodziłam dziecko, Starszego, z jego ojcem rozstałam się jeszcze przed porodem, i zostałam samotną matką…. w tamtych czasach nie było to powodem do dumy… paradoksalnie, jakoś mi to pomogło… zaocznie ukończyłam szkołę i poszłam do pracy, w szpitalu, jako sekretarka medyczna… dostałam pokój w hotelu pielęgniarskim i wyniosłam się z domu… wreszcie….  uwierzcie mi, że pomimo okoliczności, wcale nie było mi najgorzej, pracowałam, dziecko chodziło do przedszkola… dawałam radę, brakowało mi tylko jednego…. mężczyzny… wiem, wiem, dziewczyny, teraz większość z Was, i to niekoniecznie feministki, powie, że głupia… może i tak, ale ja czułam się samotna, potrzebowałam męskiego ramienia, opieki, wsparcia… może dlatego, że w domu tego nie zaznałam? … i wtedy poznałam swojego przyszłego męża…

nie była to szalona miłość od pierwszego wejrzenia, przynajmniej z mojej strony i może trzeba było wtedy się zastanowić? … ale pokochałam go, pobraliśmy się i urodziła się Młoda… odeszłam na urlop wychowawczy i wyjechaliśmy z moich rodzinnych Kozienic do Piotrkowa…. przyjechałam w obce strony, zamieszkałam z obcymi ludźmi (teściów widziałam do tej pory może ze trzy razy….), bez przyjaciół….  całe dnie spędzałam sama z dziećmi, prowadziłam „dom”, bo małżonek „od zawsze” pracował jako kierowca, więc go nie było… po pracy zawsze musiał się odstresować więc spotykał się z kolegami na piwie…. on przynajmniej miał kolegów….

o pierwszych długach mojego męża, jeszcze z czasów kawalerskich, dowiedziałam się może rok po ślubie?…. do wyboru była spłata albo odsiadka, spłaciliśmy ze wspólnych pieniędzy ….  od tej pory było już standardem, że średnio raz do roku dowiadywałam się o czymś nowym… a to jakiś kredyt, a to zakup kamery albo magnetowidu, których oczywiście, nigdy na oczy nie widziałam…. kiedy Młoda miała około dwóch lat, spakowałam rzeczy i powiedziałam, że odchodzę… nie odeszłam, nie miałam dokąd…. on obiecał poprawę… wróciliśmy do Kozienic, ja wróciłam do pracy w szpitalu, on też miał jakąś pracę… nie było źle, urodził się Młody… radość tatusia, bo synuś, bo przedłużenie rodu i inne takie męskie pierdoły…. sielanka nie trwała długo, kolejny dług mojego męża, kredyt wzięty nie wiadomo na co, utrata pracy i znów musieliśmy przeprowadzić się do Piotrkowa …. to była najgorsza rzecz jaką mogłam wtedy zrobić…. to było 18 lat temu… wiecie, oczyma wyobraźni widzę, jak teraz załamujecie ręce i mówicie, głupia baba, po co jej to było?…. sama teraz tak myślę, ale wtedy…. kochałam go, mimo wszystko, miałam troje dzieci, nie umiałam tego wszystkiego zostawić, choć teraz wiem, że powinnam…. a poza tym, to nie tak, że było tylko źle…  były przecież fajne chwile… ktoś powie „właśnie, chwile…” … kiedy Młody miał trzy lata, pojechałam do Szwecji, do pracy, przez pół roku sprzątałam domy i mieszkania…. po powrocie, część zarobionych przeze mnie pieniędzy poszła na spłatę kolejnego długu mojego męża… potem znalazłam pracę w kancelarii notarialnej, nieźle zarabiałam, on też pracował, powinniśmy spokojnie dawać radę, czegoś się dorobić…. niestety, mój małżonek miał coraz większe problemy… w każdej pracy było źle, szef niedobry, warunki do dupy więc należało zmieniać…. normą stało się, że w żadnej firmie nie przepracował dłużej niż rok… po zwolnieniu potrzebował „kilka” miesięcy, żeby odpocząć i odreagować….pił… nie ważne było, że rachunki i wydatki nie poczekają… przecież ja pracowałam… ciągnęłam to wszystko, jak było gorzej, brałam mniejsze kredyty …. niestety sytuacja znacznie się pogorszyła, kiedy w barach i na stacjach benzynowych pojawiły się maszyny… tu już mój małżonek kompletnie popłynął… żeby się nie rozwodzić, w ciągu kilku lat przegrał nasz samochód i kilkadziesiąt tysięcy złotych, tak z różnych kredytów jak i służbowych pieniędzy … do kogo przychodził, jak trzeba było je oddać? … no oczywiście do żony, która zawsze potrafiła posprzątać jego bałagan…  tak, pożyczałam pieniądze, brałam kredyty na swoje nazwisko (bo mieliśmy już wtedy podpisaną umowę rozdzielności majątkowej) i spłacałam… możecie powiedzieć, że byłam głupia, zgadzam się, ale robiłam to a on wiedział, że pomimo moich „jeśli weźmiesz kolejny kredyt, to od Ciebie odejdę…”, zawsze będę i załatwię… w ten sposób dorobiłam się kredytu na 30 tys, mojego własnego….  miarka przebrała się cztery lata temu, kiedy odebrałam telefon od jego ówczesnego szefa… usłyszałam, że jesteśmy (MY jesteśmy) złodziejami, że okradliśmy jego firmę i inne takie… kiedy w końcu doszłam do głosu i zapytałam o co chodzi, dowiedziałam się, że mój szanowny małżonek, w ciągu trzech miesięcy pracy UKRADŁ paliwa na 16 tys złotych…. tego dnia powiedziałam mu, że z nami koniec…. finałem miesiąca rozmów, kłótni i wzajemnych pretensji było to, że ma się wyprowadzić, wyjechać pracować do Niemiec, tam zarabiać i przysyłać mi pieniądze, żebym mogła pospłacać wszystkie długi… wyjechał… jeśli ktoś myśli, że od tej pory wszystko poszło już jak z płatka, to się grubo myli… ja zostałam tu, mieszkając u teściowej, bez żadnych oszczędności, za to z kredytem… wtedy, jak to ujął psychiatra, miałam pierwszy epizod depresji… było ciężko, pieniądze od małżonka raz były, raz nie… za to ciągłe pretensje, obwinianie mnie o rozpad małżeństwa na porządku dziennym, bo to ja jestem ta zła, nie chcę mu dać szansy, a on mnie przecież kocha …. kiedy przestałam odbierać telefony, to dostawałam sms-y z groźbami, że nie będzie płacił i takie tam…. nie raz usłyszałam, że te kredyty, to sobie przecież sama wzięłam, a skąd on ma wiedzieć na co?… dopiero pisma od komorników o spłaceniu jego długów w porównaniu z datami i kwotami wziętych kredytów, odświeżyły mu pamięć… no nie ważne, nie działo się dobrze… potem ja straciłam pracę i kolejna depresja, rok leczenia i brania psychotropów….  na dzień dzisiejszy stan jest taki, że ja ciągle wychodzę z depresji, kredyt jest w końcu spłacony (nie powiem, że bez jego pomocy, bo w końcu się poczuł….), została podjęta decyzja o rozwodzie no i właśnie  w związku z tym muszę sobie znaleźć mieszkanie, bo dalsze mieszkanie u teściowej (a niedługo byłej teściowej…) na dłuższą metę nie wchodzi w grę… i choć staram się podchodzić do wszystkiego z humorem, staram się uśmiechać, to boli mnie, że pracując uczciwie od 18-tego roku życia, w tej chwili nie mam nic, prócz dzieci….. że dorobiłam się tylko długów i siwych włosów, i to ja muszę, po raz kolejny, szukać pomocy i rozwiązania…. mam pracę na razie do końca roku, bez szału jeśli chodzi o pensję, więc nie poszaleję… i wiecie co? …  jestem już tym zwyczajnie zmęczona, chciałabym się poddać ale… kto jak nie ja, tak?…

ok, ktoś dotrwał do końca? … gratuluję cierpliwości i dziękuję…

to pisałam ja, Wasza Frytka….

Reklamy

kto szuka, ten znajduje?…. taaa, jasne …

tak się złożyło, że w niedalekiej przyszłości, będzie musiała Frytka znaleźć sobie nowe lokum do mieszkania… na pierwszy plan wysuwa się od razu oczywista oczywistość – kupić, ale tu pojawia się pewna, znana większości, przeszkoda… tak, zgadliście, brak kasy…. pierwsza myśl – kredyt…. wydawać by się mogło, że w czasach, kiedy kredytów udzielają na każdym rogu (i za rogiem też, choć tu by się Frytka zastanowiła jednak…), to żaden problem… otóż nie w przypadku Frytki, której los postanowił rzucić kolejną kłodę pod nogi.. w postaci wieku… i nie chodzi o aktualnie panujący nam wiek XXI, tylko o wiek Frytki… normalnie, to wszyscy że och i ach, że dojrzałe kobiety, że jak wino, że im starsze tym lepsze i takie tam… no może dla napalonych dwudziestokilkulatków, ale nie dla banków…. nie dla Frytki rodzina na cudzym…eeee… znaczy się, na swoim… nie dla niej mieszkanie z młodym, znaczy noo… mieszkanie dla młodych…. nawet pińcet plus nie dla Frytki… i byłaby się Frytka poddała i zamieszkała gdzieś pod mostem, gdyby nie to, że ród polski z dobrych rad słynie i zawsze znajdzie się jakaś litościwa dusza, która błyśnie pomysłem… „znajdź se kochasia z chałupą” – usłyszała Frytka z ust „życzliwego”… no jakież to genialne w swej prostocie…. oczywiście, żeby plan się powiódł, należy  znaleźć WOLNEGO kochasia z chałupą … że to nie jest takie łatwe, przekonała się Frytka dość szybko, więc postanowiła zmniejszyć wymagania: znaleźć kochasia z chałupą…. to okazało się już prostsze, ale z racji tego, że tacy kandydaci mają w zanadrzu niespodzianki w postaci żony tudzież innej, prawem  przypisanej, przyległości, której niekoniecznie w smak byłaby obecność Frytki w jej chałupie plan, jako nie spełniający podstawowego celu, spalił na panewce… biorąc pod uwagę powyższe, na chwilę obecną, jedyne co może Frytka zrobić, to znaleźć kochasia 😀 …. jako, że to jednak nie rozwiązuje podstawowej kwestii,  chyba rozejrzy się Frytka za jakąś fajną miejscówką nad wodą, pod szczelnym zadaszeniem… lato idzie, nie trzeba będzie z domu wychodzić, żeby się poopalać… jedna tylko myśl nie daje Frytce spokoju: jak ułożyć fryzurę bez prądu?…

filozof…

wchodzi Frytka do kuchni, niosąc całe naręcze zasmarkanych chusteczek, bo ją choroba dopadła…. wiecie taka, co to jak choruje facet, to on nie choruje tylko walczy o życie i ostatkiem sił spisuje testament… tak, właśnie taka… no więc (tradycyjnie chrzanić to więc…) wchodzi Frytka z tymi chusteczkami do kuchni, bo tam kosz na śmieci jest, tradycyjnie, jak w każdym domu, pod zlewem, no i natyka się Frytka na Młodego, który stoi przy blacie … a na blacie leży prawie cała zawartość lodówki (poza mrożonkami)… wystraszyła się Frytka, że może w chorobie zapomniała o jakiejś mającej nastąpić imprezie, więc pyta zaniepokojona: co kombinujesz?… na co Młody ze spokojem: kanapki sobie szykuję…. z tego wszystkiego?? – drąży temat Frytka…. i wtedy Młody rzecze:

bo wiesz… szykujesz sobie dwie kanapki, obie z tym samym… i tak patrzysz potem na te kanapki i myślisz: kim ja jestem? co ja w życiu osiągnąłem? jaki sens ma to wszystko?…. a jak sobie zrobisz każdą z czym innym, albo nawet podzielisz na połówki i każdą zrobisz z czymś innym, to potem od razu widać, że człowiek sukcesu z ciebie…..

swoją drogą, dobrze, że w tej sytuacji, on taki zaradny…

PS. a tak w ogóle, to wśród tych zasmarkanych chusteczek i wśród kichania i łzawienia, niepostrzeżenie, minęła Frytce kolejna rocznica prowadzenia bloga, siódma jakby…. i choć powiadają, że co siedem lat się charakter zmienia, to charakter tego bloga zmianom się nie podda (a szczególnie tej „dobrej”) i ma Frytka nadzieję, że wciąż będziecie tu zaglądać i że się nawet czasami uśmiechniecie …

starość, kur.., starość ….

coś chrupnęło, coś trzasnęło, coś przeskoczyło i …. została Frytka w pozycji lekkozgiętejpółprostej, z bólem w tej okolicy, gdzie plecy kończą swoją szlachetną nazwę…  już po kilku zaledwie dniach stała Frytka pod drzwiami gabinetu polecanego fizjoterapeuty… otworzył całkiem przystojny facet i zaprosił Frytkę do środka… po zadaniu standardowego ” co panią do mnie sprowadza?” i uzyskaniu  odpowiedzi zwięzłej, aczkolwiek treściwej: „boli…”, stwierdził: „zauważyłem u pani zaawansowaną lordozę…” no masz, człowiek chodzi wyprostowany, pierś do przodu, pośladki do tyłu, a ten, że lordoza… ok, zmilczała Frytka tę wypowiedź, a on, nie zważając na konwenanse, że pierwsza randka najpierw, że kawa, kino, kolacja, nie, od razu „proszę się rozebrać…”…. tu nachodzi Frytkę pytanie: czy Wy, dziewczyny, też tak macie, że im przystojniejszy facet, w sensie lekarz czy inny masażysta, tym trudniej przychodzi Wam rozbieranie?  … ale do rzeczy…. mając na uwadze, że ma do wyboru albo badanie i zmniejszenie bólu, albo konwenanse i pomykanie po ulicach niczym Qwasimodo, rozebrała się Frytka do pasa i, trzymając w rękach spódnicę, która po rozpięciu nijak nie chciała pozostać na biodrach, podeszła do dziwnej maszyny, która później okazała się być czymś w rodzaju rezonansu magnetycznego… kiedy już zajęła Frytka pozyję horyzontalną (spódnica w końcu przestała się zsuwać….) zabrzęczało, zahuczało, po czym zaczęło po Frytce coś jeździć i pukać, wzdłuż kręgosłupa, raz za razem…. „no tak – stwierdził fizjoterapeuta – jest pani poblokowana”…. „oj tam od razu poblokowana, no fakt, zdarzyło się raz, że ktoś na fejsie mnie zablokował, ale żeby tak od razu generalizować…” – tu przerwała wywód Frytka, gdyż mina pana mówiła, że raczej nie to miał na myśli – „aaaa, chodziło panu o kręgosłup…” „tak – z wesołym błyskiem w oku potwierdził – poblokowane kręgi, zapalenie nerwu w części lędźwiowo – krzyżowej, wdowi garb …” tego co nastąpiło później, nie będzie Frytka opisywać, bo nawet wspomnienia wywołują ból…. w każdym razie, po najdłuższych 30-tu minutach masowania, ugniatania, rozciągania, naprostowywania i innych takich, papierowy ręcznik, który miała podłożony pod twarz, wyglądał jak całun turyński, bo tak się Frytka spociła, że jej się cały makijaż odcisnął…  na koniec usłyszała Frytka, że: takich sesji musi wziąć co najmniej pięć, że do tego leki, że po zakończeniu masaży dostanie zestaw ćwiczeń (czyli koniec leżenia na kanapie…), a poza tym powinna sobie zrobić badania na nadciśnienie, osteoporozę, cukier i jeszcze parę innych… także ten, jakby ktoś miał na zbyciu balkonik w dobrym stanie, to chętnie….

swoją drogą, dobrze, że był ten ręcznik … 😀

stol-do-masazu

informatyk….

ta czapka strasznie mi elektryzuje włosy – oznajmił Młody przy porannym wychodzeniu z domu – jak mi te włosy pociągnie przy zdejmowaniu, tak mi potem sterczą, nic się z tym nie da zrobić … no chyba, że ewentualnie głowę pod wodę i zresetować…

w końcu uczeń klasy o profilu technik – informatyk….

 

poranna gimnastyka, czyli przypadki Frytki z Narowistym…

przyjechała Frytka Narowistym na parking, zaparkowała pięknie we wskazanym miejscu i zamierzając wysiąść, pociągnęła klamkę… nieoczekiwanie dla Frytki, klamka została jej w ręce, a drzwi pozostały zamknięte….  „taaaa….” – pomyślała inteligentnie Frytka, po czym rozejrzała się dookoła… w samochodzie obok siedział jakis mężczyzna i zerkał na nią ukradkiem, a do samochodu zbliżała się pani parkingowa w celu wyegzekwowania od Frytki opłaty…. „taaaa….” – pomyślała po raz drugi (nie mniej inteligentnie…) Frytka, popatrzyła na urwaną klamkę, i rozpoczęła procedurę wysiadania awaryjnego… w tym miejscu nadmienić należy, że wariant z opuszczeniem szyby i otworzeniem drzwi od zewnątrz nie wchodził w grę, gdyż elektryczny mechanizm sterujący szybą od strony kierowcy, od dłuższego już czasu nie działa (żeby było ciekawie, wszystkie pozostałe szyby, oczywiście, działają…) a pomysł, żeby poprosić panią parkingową o otwarcie drzwi z zewnątrz przyszedł Frytce do głowy, kiedy już siedziała w domu… jedynym wyjściem w tej sytuacji było przedostanie się na fotel pasażera i opuszczenie auta tamtymi drzwiami… dla większości ludzi pewnie nie jest to czynność wymagająca jakiegoś specjalnego wysiłku, przeszkolenia tudzież treningu… dla Frytki normalnie też nie, ale nie wtedy, gdy ma na sobie wąską spódnicę i kozaki na obcasach… ale, że nie miała innego pomysłu, w myśl zasady „co, ja nie dam rady?!” rozpoczęła Frytka manewry … najpierw, zahaczając o radio, przełożyła Frytka jedną nogę… to było nawet proste…. potem zaczęły sie schody, bo należało przemieścić tyłeczek (taaaa, tyłeczek….) i do gry włączyła się spódnica…. kobiety zrozumieją, panom niech wystarczy tłumaczenie, że z normalnej długości spódnicy, w tym momencie zrobiła się mini, można by rzecz nawet, baaaaardzo mini spódniczka… ale ok, uniosła się Frytka na tyle, na ile pozwolił sufit na głową, i poczęła przesuwać się w kierunku drugiego siedzenia…  teraz informacja dla samotnych pań: wajha od ręcznego hamulca nie zastąpi faceta, to wam Frytka mówi z pełnym przekonaniem…  w trakcie tego manewru, na wpół zgięta, wiedziona jakimś instynktem,  Frytka znów rozejrzała się wkoło… zarówno pani parkingowa, jak i pan z sąsiedniego auta, już nawet nie próbowali ukrywać, że przyglądają się Frytce… robili to otwarcie i z wielkim zaciekawieniem, żeby nie powiedzieć, z rozbawieniem…. nie zrażona tym Frytka w końcu przeniosła swój korpus na żądaną stronę, dołączyła do niego drugą nogę (tym razem zahaczając obcasem o kierownicę…), po czym, elegancko i z klasą, wysiadła… na pytający wzrok pani parkingowej odparła tonem tak oczywistym, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie: „klamka się urwała”….

cieszyć się czy… bać?….

se żyje Frytka w tym swoim świecie, se pisze od czasu do czasu, łyknie se od czasu do czasu jakąś tabletkę, co to euforię wywołuje, i jakoś jej (Frytce, nie tabletce…) tak płyną te dni … aż tu nagle, ni z tego, ni z owego okazuje się, że Frytka chyba w jakimś reality szoł bierze udział… no bo jak inaczej wytłumaczyć, że …. jest obserwowana?… tak, tak, dziwne to, ale prawdziwe… i nie chodzi o to, że jak Frytka raz zerknie na opis, dajmy na to, pralki w internecie, to zaraz potem ma na poczcie sto tysięcy reklam z pralkami, a każda następna lepsza od poprzedniej…(wiecie takie:  śpiewa, tańczy, krawaty wiąże, usuwa ciąże, tylko z praniem nie teges…) …  albo, że jak w rozmowie telefonicznej z przyjacielem wspomni coś na temat programu antywirusowego, to natentychmiast na fejsie się oferta takowego ukazuje wraz z przepowiednią rychłego padnięcia telefonu, że tylko brać i kupować…  o nie, tu chodzi o osobistych obserwatorów… takich, co to śledzą, czy Frytka coś napisała, czy coś zamieściła, co nowego (niekoniecznie mądrego..) miała do powiedzenia… a skąd Frytka o tym wie? … z systemu taka informacja wyciekła, o dziwo, z gratulacjami nawet … co prawda w obcym języku to, ale od czego są translatory?…

10 Follows!
Congratulations on getting 10 total follows on blaski codzienności!
Your current tally is 11.